wtorek, 17 listopada 2015

Trzynastkowe mebelki... - czyli o urodzinach i dylematach na obczyźnie

Urodzinowy poranek rozpoczął mi się normalnie - czyli mocno spóźniona w locie pożarłam śniadanie i wpadłam tuż przed dzwonkiem na teścik. Teścik z uwagi na fakt moich urodzin przełozono na jutro, a cała klasa odśpiewała mi piosenki urodzinowe w swoich językach (czyli po azjatycku - japońsku, wietnamsku, indonezyjsku i koreańsku). Było śmiesznie.
Po szkole zaś postanowiłam odnowić zapasy żywnościowe i udałam się do nie najbliższego, ale ulubionego sklepiku z owocami, tuż koło rogu na którym swój śmieszny kramiko-wehikuł parkuje Dziadzio Guawa. Po drodze zaś jest kolejny ulubiony sklepik Starego Wujka Li, trochę ze starzyzną a trochę z drewnianym rekodziełem kleconym przez seniora rodu w czasie wolnym od bawienia wnuków albo i prawnuków.
Wujek Li jest całkiem komunikatywnym starszym panem, który handluje lodówkami i pralkami z drugiej ręki, naprawia telewizory i wyczarowuje ze starych drewnianych strzępów umeblowania prawie nowe elementy wyposażenia wnętrza w przystępnej cenie. A że starocie uwielbiam pasjami, a już zwłaszcza takie "egzotyczne" - to czasem schodzi mi w jego garażo-kramiko-salonie cała przerwa lanczowa.
Na wejściu nieomal potknęłam się o najnowszy nabytek-zabytek, czyli odremontowany regalik. Wiecie, taki chiński, pogiety, ażurowy, z półeczkami i okrągłymi drzwiczkami pośrodku oraz metrami cieniutkich, geometrycznych dekorów z patyczków służących do solidnego zbierania kurzu. Troszkę podobny do tego, ale mniej trącący nowością, z większą ilością półek i rzeźbionych dekorków,z okrągłymi drzwiczkami pośrodku, czcigodnie z lekka nadgryziony zębem czasu, no - krótko mówiąc - śliczny, egzotyczny i zdecydowanie trafiający w mój smak. Te fotki zaś bezczelnie podprowadziłam z taobao - chińskiego allegro, żebyście mogli sobie wyobrazić co mnie tak zachwyciło.

Gapiłam się na niego dłuższą chwilę, przeliczając w myslach budżet na nastepny miesiąc. Przeliczywszy (i zignorowawszy lekkie wejscie na pole rezerwy oznaczające solidną dietę sucho-tostową bez okrasy i bez spontanicznych urozmaiceń w knajpkach jakości wyższej niż "studenckie żarło") gapiłam się nadal, już rozplanowując co postawię na której półeczce i w jakim kąciku mego pokoiku wyeksponuję owo cudeńko żeby każdy mógł dojrzeć i porozpływac się w zachwytach nad mebelkiem i kolekcją egzotycznych gadżetów na nim upchanych, dając mi sposobnośc do opowiedzenia historii a to małego erhu, a to smoczych bożków wiatru z Kinmen, a to kuli z różowego kwarcu, a to słoja wypełnionego muszelkami z egzotycznych mórz, a to kubeczków o fantazyjnych kształtach i wzorach - gdy nagle z przeraźliwą jasnością spłynęła na mnie myśl, i mówiąc kolokwialnie strzeliła mnie w pysk.
- Przecież ty go nigdzie nie postawisz, moja droga. Bo gdzie? Na Tajwanie, w mieszkaniu które zmienisz za pół roku jak się skończy kontrakt? Na plecach będziesz to badziewie targać pomiędzy okresem wynajmu? A może zakopiesz pod jaworkiem, tfu figowcem w miejscu oznaczonym na pirackiej mapie? Czy też wpakujesz owego cienkodeszczułkowego, powyginanego grzmota do bagażu, albo lepiej do pocztowego kartonu i wyslesz do Europy? Wysyłaj, tylko co dalej? Gdzie go postawisz? W piwnicy rodziców? Czy wciśniesz gdzieś na te 5m2 które kiedyś były twoim pokojem, a obecnie są graciarnią, w której nie mieszczą się nawet pudła z dobytkiem jaki masz w Polsce? - głosik sumienia słodki był jak zachęty Ewy Chodakowskiej przy ciśnięciu "Skalpela" i w ogóle nie ociekał ironią. - No dalej, kochanieńka, dasz radę, Złożysz bilion drzazgo-puzzli w które fracht morski zmieni to ażurowe cudeńko, może nawet nie przykleisz superglue tych drzwiczek na amen, żeby dało się je otworzyć... Akurat! A może całe wakacje będziesz nosić regalik w walizce, hę? Ogarnij się maleńka! - sumienie albo zdrowy rozsądek strzelało sarkazmem jak salwą z haubic. Celnie i zabójczo, pozostawiając kurz, dym i gruzy z wizji mebelka...
Nawet nie zapytałam o cenę. Pogładziłam lśniące drewno, odwróciłam się na pięcie i pobiegłam na oślep do domu, o włos mijając skuterynki Tajwańczyków spieszących w swoich bardzo pilnych sprawach i lekceważących jak zwykle przepisy ogólne ruchu drogowego. Nawet mnie to nie obeszło...
Łzy gryzły mnie w oczy, w gardle rosła gorzka, piekąca kula. Udało mi się nie zrobić sceny na ulicy, ale gdy zatrzasnęłam za sobą drzwi - rozbeczałam się na dobre. Płakania nie ułatwiało wcale to, że chyba pobiłam życiówkę w sprincie na długim dystansie i pomiedzy smarknięciami oraz szlochnięciami sapałam jak zdychający mamut. Przesmarkałam recznik, poduszkę i karton chusteczek - i szlochałam dalej, nad sensem istnienia, nad bólem egzystencji, nad istotą emigracji. Taki mały kryzys, który dopada każdego wędrowca, żyjącego to tu to tam i z konieczności ograniczającego swój stan posiadania do materialnych rzeczy najistotniejszych i bagażu doświadczeń...
Po południu, kiedy osiagnełam stan czerwonolicej i czerwonookiej ropuchy o połysku polerowanego pomidora i zastanaiwałm się nad sprzedaniem wszytskiego i zakupem biletu w jedną stronę do Chile, gdzie mogłabym całymi dniami wypasać lamy - nadciągnął Młodociany z torcikiem i karteczką urodzinową, którą pieczołowicie wyklejał przez cały tydzień. Bez mrugnięcia okiem wysłuchał mocno szarpanej i nieskładnej relacji przerywanej zachłystywaniem się łzami gdy tylko pojawiła się owa symboliczna "sza-aaa-aaa-feczka" i po prostu podał mi nowy karton smarkatek, wsadził torcik do lodówki, a karteczkę z lekka tylko zroszoną resztkami łez do torebki, po czym całkiem autorytatywnie zaordynował;
- Umyj sobie pyszczek księżniczko, załóż okulary i maskę żeby cię ktoś nie zobaczył takiej niewyjściowej i pojedziemy nad morze. Ale już. raz, raz, noo!
Po drugiej misce lodów z muszelek mi trochę przeszło. Po trzeciej "sza-aaa-aaa-feczka" odzyskała poprawną wymowę bez przydechów i zapowietrzania. Czwartej miski już nie zmieściłam, więc wróciliśmy do domu.
- Wiesz, ta szafka, ona wcale nie była taka ładna,  w sumie to naprawdę wielka... I chyba naprawdę nie miałabym z nią co zrobić...
- I musiałabyś ją odkurzać codziennie, i w trzęsienie ziemi by na pewno zrobiło taki bajzel, że musiałabyś do szkoły nie iść żeby pozbierać wszytsko co się z niej wysypie... I pewnie by to wypadło w dniu jakiegoś ważnego testu, albo coś! Ale wiesz co? W internecie widziałem inne szafeczki, takie dla ciebie. Nooo, żebyś mogła chiński ćwiczyć, i są malutkie więc na pewno będzie się dało je spakowac, zobacz! Jak dostanę wypłatę to ci taką zamówię, dobrze?
I Młodociany rzucił się do Ajfona. Po czym poprawiwszy okulary zjeżdzające mu trochę po krótkim nosie zaczął pokazywać i przepytywać:
- A co to?

- 見jiàn widzieć. I 土tǔ, ziemia
- A to?

-Yin yang 陰陽! Ale ładne!
- No ale mówisz to źle, powtórz yīnyáng... Nooo, dobra. A to?

- Ooo, 朋péng z péngyǒu 朋友, przyjaciel. Tylko się trochę rozpełzło...
- Ojtam czepiasz się paru belek za dużo jak bys sama nie dodawała tu i ówdzie nadmiarowych elementów w krzaczkach... Postawisz sobie takie dwie i na nich zdjęcia będziesz mogła poprzyklejać wsztskich swoich przyjaciół, żeby zawsze byli koło ciebie, żebyś nie czuła się taka samotna i smutna, fajnie co? No nie, nie nie, zadnych łez! A to?

- Oooo, xi od lubienia 喜歡xǐhuān i miłości i gratulacji 恭喜gōngxǐ (na weselnych kopertach z pieniędzmi też jest taki znak, podwójny - symbolizujący wielką miłość młodej pary). I jeszcze kota  貓 māo można z tego ułożyć!
- Kota??? Gdzie ty tu kota... Aaaa, no ale co jeszcze, skup się!
- Aaaaach, no tak, jeszcze 福fú, błogosławieństwo!
- No, udało ci się... A to?

- Hahaha, to jest 東dōng wschód i 西xī zachód, postawie je w dwóch rogach pokoju i będę udawać że po jednej jest wschód a po drugiej zachód, choć to naprawdę północ i południe...
- Ty je lepiej ustaw tak, żeby się wszystkie twoje 東西 dōngxī (czyli rzeczy, dobytek i stan posiadania) miały gdzie się poniewierać zamiast się chować po kątach! A to?

- Ooooo przecież to moje ulubione słowo, dlaczego 為什麼wèishéme, tylko jakieś takie ....
- Noooo, niezupełnie, znaczy znów się obijasz przy czytaniu znaków uproszczonych! 
- Eee, gdzie... Ja? W zyciu! No co ty!
- Przecież to jest uproszczone 书s książka. Jak możesz nie zauważyć! Obijasz się bezwstydnie i jeszcze się ze mną kłócisz! Nooo, nie płacz, nie płakusiaj mi, zobacz - jest też książka w normalnym pisaniu 書, a jak koniecznie chcesz to poprosimy Starego Wujka Li żeby przerobił tą uproszczoną na twoje dlaczego, dobrze? Nie płacz, ja sam poproszę!

W końcu dałam się udobruchać torcikiem, sklęsłam i wróciłam do normalnej kolorystyki. Ale ugniatający gdzieś z tyłu głowy problem pozostał. Jakaś taka dziwna tęsknota, smuteczek, niezdecydowanie, coraz bardziej gryząca konieczność zdecydowania się gdzie i jak dalej żyć bo tak w rozkroku to ciężko (zwłaszcza że coraz bardziej mam stracha wsiadając do samolotu rejsowego - czy dolecimy bezpiecznie)... Zwłaszcza że ani na Tajwanie różowo nie jest (w kontekscie pracy zwłaszcza), ani w Polsce tym bardziej, bo czekają tam na mnie problemy przed którymi starannie uciekałam na koniec świata... No cóż, zycie pokaże... "Pomyslę o tym jutro" jak mawiała Scarlett.

A teraz pytanie - który z tych regalików wybrać???

14 komentarzy:

  1. Wszystkie są pięęęęęęęękne :) Ale faktycznie - ja też zaniechałam kupowania pięknych mebelków... I w sumie zostało mi tak do dzisiaj, bo nie znoszę wycierać kurzu :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety kurz w Azji to zmora.... Te szczelne inaczej okna i te autostrady dla karaluchow pod drzwiami nie sprzyjaja kolekcjonowanie czegokolwiek nie wysadzonego w prozniowy sarkofag....

      Usuń
  2. Wszystkiego najlepszego! Szafeczki są fantastyczne i podejrzewam, że gdy juz gdzieś na stałe osiądziesz na tej ziemi to do ciebie same trafią. Boże jakbym taką chciała. Poza tym czyta się ciebie zajefajnie. Roześmiałam się i wzruszyłam, sama przyjemność. Dee

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Dee. Myślę że każda Polka na obczyźnie niezależnie tego jak jej dobrze w nowym miejscu - ma czasem takie napady smuteczku. Może niekoniecznie na widok mebelkow- ale wiadomo ją to jest....

      Usuń
  3. Mi się wydaje, ze ta, która najlepiej zniesie kilkadziesiąt h w bagażniku jakiegoś 777 przy dużych turbulencjach/kilka mies, w kontenerze na sztormowym Pacyfiku w sezonie tajfunów w drodze do Kraju nad Wisłą :) A tak na poważnie, ten z przyjacielem. pomysł z fotkami jest dobry, bo choćby nie wiem jakim "świata obywatelem" by sie było, zawsze jakoś tam będzie się tęsknić za ojczyzną.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Spoko, szafeczki sobie wystrugam sama, jak się osiedlę :D I podejrzewam że to będzie bardzo wesołe struganie, według autorskiego pomysłu :D

      Szczerze - mi też się podobają te "przyjaciele" ale są wielkie, ponad metr wysokości... Ale obwieszać fotkami nie będę. Mam FB od przeglądania galerii jak zatęsknie.
      Jeszcze tego brakuje żeby się na mnie rodzina i znajomi gapili ( z tych zdjęć) jak się obijam przy pisaniu krzaczków, albo co gorsza paraduję w stroju niekompletnym i wyczyniam inne brewerie o których świat nie powinien się dowiadywać.

      A z ojczyzny to mi najbardziej brakuje - samolotu i jedzenia... Ani jedno ani drugie na zdjęciach nie robi nic poza irytowaniem że w zasięgu ręki a tak daleko :(

      Usuń
    2. Aż tak ci "Wiedeńczyka" brakuje? Tcyh nerwowych godzin spędzonych w locie koszącym z mapą w ręku poszukując radomskiego aerodromu, spoglądając co chwila nerwowo na paliwomierz i robiąc rachunek sumienia na wypadek lądowania "w kartoflach" :P (noo moze trochę przekoloryzowałem)

      Usuń
    3. Do Radomia leci się 40 minut :) a potem20 minut szuka lotniska. Bo maja tam dwa i się ekipa z Sadkowa naparzala z ta z Piastowa kto będzie miał ten zaszczyt :) Lot nie był koszach,koszaki to się robi nad posesjami znajomych,a w Radomiu jacyś tacy śmiertelnie poważni byli to nie chcieliśmy im robić radochy bo by mogli sienie oozbierac i poszczuc nas Orlikiem... Poza tym kartofle koło radomskiego lotniska chytre chłopstwo pozbieralo żeby zrobić miejce na parkingi i dla tych ogladaczy co im szkoda było monet wysuplac na wejście na teren jednostki więc nawet nie było się co pchać w awaryjne lądowanie...

      Brakuje bardzo. Bo to nie tylko o samolot chodzi :) czy sam fakt latania tylko o caloksztalt :)

      Usuń
  4. BTW Z okazji urodzin, powodzenia na Pięknej Wyspie, w życiu i w nauce, po chińsku (jeszcze) nie umiem więc po japońsku がんばって!ganbatte! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Najbliżej ganbatte jest chińskie "dziajo" 加油 który oznacza dosłownie "tankować" ale stosuje się go jako doping przy każdej sytuacji... Często budzą mnie dzieciaki z przedszkola wrzeszczące "dziajo dziajo" podczas porannych ćwiczeń, Młodociany non-stop mi "dziajuje" żebym dziajo dziajo zdała egzamin i tak dalej.

      A czegoś takiego jak zwykłe "good luck" Tajwańczycy sobie nie życzą, tzn nie po swojemu.

      Usuń
    2. A więc, dziajo Majia !

      Usuń
  5. Gōngxǐ!
    To słowo prześladuje mnie już od bodaj roku.
    Kiedyś bowiem zamieściłaś na blogu filmik z piosenką noworoczną (?), której wysłuchałam tylko raz, a która zakorzeniła się w mojej głowie tak skutecznie, że do dzisiaj mogę zaśpiewać cały refren (fonetycznie) oraz fragmentarycznie zwrotki. Chyba już nigdy nie zapomnę tej melodii.

    Gongsi-gongsi, Majia :)

    Lynx

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. NIe możeby być tak że tylko ja mam zryty beret przez radosną twórczość noworoczną :D Solidarność narodowa musi :D

      Wersja z tekstem - (tylko zapis uproszczony) https://www.youtube.com/watch?v=sf0btvROwXQ :D

      Usuń
  6. Tak, ta piosenka na nowy chiński rok prześladuje wszystkich.... Wyobraź sobie że leci wszędzie i w kółko :) dorzuc jeszcze choreografię i będzie prawie jak u mnie... Podejrzewano że może to być hit karaoke każdej zapijaczonej imprezy kiedy stężenie alkoholu rozwiązuje talenty i ludzie zaczynają mówić językami. A na weselu to by był dopiero przebój:)
    https://m.youtube.com/watch?v=tOmeU6ijEz0

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...