wtorek, 10 listopada 2015

Idziemy na kawę!

Zabiorę was w moje ulubione miejsce kawowe w Kao.

Cofnijmy się w czasie do września 2011. 
Właśnie przyleciałam z Kasiorkiem, jeszcze trzepie nas jetlag i szok pierwszej nocy na łóżku, które tak naprawdę było stołem, zapachy i dźwięki ulicy są zupełnie nowe a wilgotny upał zwala z nóg nasze białe ciała nastawione na pierwsze jesienne chłody...
Moja "opiekunka podczas wymiany" Monica zarządza wycieczkę po mieście, więc pełzniemy zduszone saunowato-smogową atmosferą miasta, karnie oglądamy co nam jest pokazane paluchem, i oczy mamy wybałuszone jak piłeczki pingpongowe na to, co wcale specjalne i godne wskazania nie jest (przynajmniej według rdzennego mieszkańca). Monica, która pracuje w biurze podróży prowadzi nas po dostępnych w zasięgu punktach obowiązkowych według TripAdvisora bez znużenia (bo klimat zwrotnikowy zna od dziecka) a my w końcu błagamy - kawyyyy, plisss.
Monika patrzy na nas jak na kosmitki - no ale chcecie kawy, będzie kawa.
Zatem - tuptamy ostatkiem sił obok podśmierdującego majestatycznie mulistego bajora, obok z lekka w skwarze wyblakłych wieży straszących karykaturalnym plastikowanym tygrysem i smokiem o zdecydowanie toksycznych barwach, koło drogi po której przemykają się pędem zdziczałe skutery... I jeden krok z ulicy - jesteśmy!

 Lekko trącące prowizorką stoliki od nadwymiarowo zwyrodniałego ruchu ulicznego odgradza tylko klatka i doniczki, po podłodze biegają czarno-różowe prosiaki, ale - pal diabli egzotykę w wersji prowizorycznej - kawa z mlekiem jest, z lodem, mocna, chłodna, orzeźwiająca, mniam! Aż się chce patrzeć znów w lepko-słoneczny dysonans kulturowy dookoła i biegać skakać zwiedzać okoliczne świątynie, które chwilę wczesniej boleśnie raziły zmęczone oczęta swoją nieprawdopodobną hiper-kolorowością i wzorzystością...




Niestety, miejscówka przy Lotus Pond znajduje się kawał drogi od akademika, a i godziny pracy ma niezbyt kompatybilne z wczesnym wstawaniem na chiński o 8 rano, więc bywamy tam tylko gdy dostojne nasze odwłoki są wożone. Na co dzień musimy posiłkować się szczynowatą lurą z Seven Eleven, który nie ma ekspresu, a jedynie kawę w torebkach, ale za to o zapachu creme brulee czy innych wynalazków, mniej lub bardziej trącących Czarnobylem i składem odczynników chemicznych. Ekipa Sevena niestety nie kuma po angielsku, więc trzeba pokazywać paluchem które xiangcao natie 香草拿鐵 czyli vanilla latte chcemy, sztuk dwie. Plusem Sevena są gadżety, które dostaje się po którejś filiżance (na przykład zestaw szklanek i talerzy Hello Kitty, marzenie każdej zerówkowiczki) - ale smak i zapach kawy znad Jeziora Lotosowego jest nie do pobicia...


Gdy wróciłam na Tajwan we wrześniu 2012, pierwsze kroki skierowałam właśnie pod Wieżę Smoka i Tygrysa, nad znajomo cuchnące mułem bajoro z lekka zarośnięte resztkami lotosowych liści.

I odbiłam się od kraty - pod szyldem "Arabica Caffe" ziało pustką i mocno zamkniętym garażem, a nie szumiącym ekspresem i alchemicznymi alembikami do łapania aromatu... Prawie się popłakałam i topiłam smutki w chemicznej lurze z Sevena, międzynarodowym paskudztwie Starbucksa lub w przyzwoitej acz nie urywającej posladków kawie wietnamskiej w kawiarnio-wyżerkowni odległej o 15 minut rączego truchtu od bram Wendzarni. 
Miesiąc albo i dwa później przejeżdżając z Młodocianym mimochodem z jakiejś wycieczki - kątem oka ujrzałam że w Arabica Caffe coś się dzieje, ekspres paruje, ludzie siedzą przy filiżankach odganiających fetor świątynnych kadzideł i przyświątynnego stawu.


Nie mówiłam wtedy po chinsku, trochę rozumiałam - ale odpowiadałam po angielsku, czasem z sensem czasem niekoniecznie i potrafiłam wydusić zamówienie... A potem środowa filiżanka kawy u Mr Lee stała się rytuałem i momentem tygodnia wyczekiwanym nawet bardziej niż obdzielanie czekoladkami wyróżniającego się studenta czy weekendowy wyjazd za miasto...

Lubię tam siedzieć, czas płynie wolniutko jak kawowa mikstura kapiąca z powyginanej rurki (bardziej stosownej do pędzenia bimbru niż kawy)... 
Sącząc swoje latte (Młodociany który jako szanujący się Tajwańczyk nie pije kawy, za to siorbie kwaskowaty napój z kumkwata i cytryny albo chłepta herbatkę z mleczkiem) rozglądam się po wnętrzu pełnym przemieszanych dekoracji aborygeńskich, chińskich i europejskich - plemiennych węży Paiwan, portretów, rzeźb, gramofonów (które nawet grają), młynków do kawy, muszli większych od mojego plecaka...







Mr Lee czasem opowiada mi aborygeńskie bajki, czasem gra na rozmaitych instrumentach - na przykład rogu z wielkiej muszli, w którą zadęcie płoszy wrony, zółwie i komary w okolicy, a czasem nie odzywając się siedzi w kącie i męczy talent, produkując ozdoby, rzeźby, malowidła czy misterne zawijasy służące do niczego szczególnego.

I tak gdy ja wysączę swoją filiżaneczkę latte z dużą ilością mleczka - z powyginanego korzenia wyłoni się powyginany wąż stu kroków 百步蛇, totem Paiwanów. Albo stoliki i krzesła ozdobi misternie powyginany, trącący secesją wzór z nadtopionego drucika.
Czasem pogawędzimy - na przykład że podobny jest do aktora Nolay Pihu , odtwarzającego postać protagonisty w filmie Seediq Bale, albo że mój chiński sie poprawia, albo że jestem Aborygenką, albo jak to było gdy Mr Lee pojechał na wycieczkę do Europy (skąd nawiózł cały bagaż sprzętów do kawy). 
Czasem zostanę pierwszą osobą, której zostaną pokazane nowe gadżety, takie jak szklane mieszadełka do latte, wytopione przez znajomych Mr Lee z plemienia Paiwan.


Czasem zostanę uraczona posiłkiem - czy to fantazyjnie pokrojonym owocem, czy gotowaną  spontanicznie zupą...
Czasem posłucham wykładu Kawowej Akademii Taiwan Arabica, gdzie studenci (zazwyczaj w wieku emerytalnym) uczą się sporządzania naparu o odpowiednim smaku i mocy - od łuskania ziaren, przez ich suszenie, palenie, upychanie w słojach i torebkach, mielenie, ceremonialne wsypywaie do ekspresu i staranne ubijanie mieszanki, przygotowanie odpowiednio spienionego mleczka, które puszystą kołderką rozleje się po aksamitnym brązie kawowego naparu - i opadając na dno wyczaruje spienione chmury o różnym nasyceniu beżów i brązowości...
Czasem po prostu posiedzimy w ciszy, słuchając muzyki plemiennej, a dookoła zupełnie nierealnie biegają gekkony i szumią pędzące tuż obok, za donicami z kawowymi krzakami, wściekłe skutery...

4 komentarze:

  1. No wreszcie! Jest nowy post, jest o aborygenach, posrednio ale jest! A kiedy zapowiedziane kilka mies. temu "aborygeńskie wesele" w komentarzu pod tekstem o Sandimen? Bo Juk cierpliwy, ale i pamiętliwy :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Kiedyś na pewno.... A serio to jak kolega biorący ślub ocenzuruje i naprostuje co naskrobalam. A że on zajęty mocno to się tak bujamy dłuższa chwilę... Ale kiedyś na pewno

    OdpowiedzUsuń
  3. Odpowiedzi
    1. Wiem wiem.... Każde dziecko w okolicy niezależnie od wieku chce ją mieć... A przynajmniej pomacac :)

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...