Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przestęczość. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przestęczość. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 14 października 2013

O triadach i przestępczości III

Gdyby każdego wytatuowanego osobnika klasyfikować jako mafioza – to na Tajwanie ponad połowa męskiej populacji w wieku 15+ wygląda na związaną z grupami przestępczymi, bo zaiste ilość gówniażerii z wydziaranymi mniej lub bardziej udanymi motywami wszelakimi zadziwia (hasło o pełnoletniości lub zgodzie rodziców w przypadku chęci walnięcia sobie smoka na pół pleców bądź trupiej czachy na cherlawym gimnazjalnym cycku wzbudziło spore „yyy… hellou?”). 

Kolega od biznesu transportowego cały jest upstrzony wzorkami od Sasa do lasa – i skrzydełka, i diabły i chiński smok i dziada z babą w tym galimatiasie też nie brak (niestety, nie pokażę, bo fejsa zlikwidował, wraz z przedmiotami biznesu i detalicznymi fociami tatuaży)… W przeciwieństwie do Japonii, gdzie publiczne afiszowanie się z tatuażami na znacznych powierzchniach ciała jest niemile widziane (i na przykład wydziaranych na publiczne baseny/sauny/gorące źródła nie wpuszcza się osób z tatuażami- aby trzymać lepkie macki yakuzy z daleka), Tajwańczycy lubują się w dużych, wyraźnych i kolorowych wzorach – i z dumą pokazują kunszt artysty (lub jego brak). No dobra, nie wszyscy się lubują – bo permamentne malunki na skórze wciąż kojarzą się z kryminałem – ale w okresie buntu i naporu każdy chce być zły i mroczny. A laserowego usuwania tatuażu w Kaohsiung nie widziałam – więc potem na całe życie pamiątka zostaje…
Wytatuowany jest tatulo Młodocianego- i to wytatuowany dosyć konkretnie. Aczkolwiek, w jego wypadku (oraz pewnej niezidentyfikowanej acz zapewne sporej, jak to w tajwańsko-chińskiej rodzinie z tradycjami, liczby wujków i kuzynów) – jest to pamiątka po burzliwej młodości, często gęsto urozmaicanej pobytami w „sanatoriach” i „ośrodkach wczasowych Ministerstwa od Resocjalizacji i Korekty”, bowiem tatulo Młodocianego złym chłopcem był, i z triadami związki posiadał bliżej nieokreślone, ale pewne. Wujo (obecnie buddysta wegetarianin) w czasach młodości po raz pierwszy wpadł i zaliczył odsiadkę w jakimś urokliwym miejscu (więzienia lokowane były bowiem na odludziach typu np okoliczne archipelagi- jak na porządny ośrodek wczasowy przystało), bo chcąc zaznać odrobiny ciszy i spokoju wsadził świeżo zdobytego gnata w rozdarty dziób swej siostry – a ta wypaplała wszystko mamusi, sąsiadce i policji… Kuzyn Młodocianego (obecnie kolejny nawrócony wegetarianin, miłujący pokój i pokornie znoszący los) z kolei zajmował się „biznesem transportowym” w branży chemiczno-zielarskiej -ale coś mu nie wyszło.
Tatulo Młodocianego zmądrzał około trzydziestki – kiedy ujrzał, jak komuś obcięto rękę (to w ramach subtelnych i wyrafinowanych metod działań triad… Z ręką może i tatulo przesadził, ale paluchy na pewno obcinano za nieposłuszeństwo), ożenił się z dobrą dziewczyną – mamą Młodocianego, buddystką i wegetarianką, która nadała nowy sens jego egzystencji i nawróciła wszystkie zbłąkane owieczki w całej rodzinie na buddyzm z wegetarianizmem. Od tego czasu tatulo jest mniej więcej dobrym człowiekiem (aczkolwiek z tym buddyzmem i wegetarianizmem to nie tak do końca) i serce mu drżało na dziwne wyczyny młodszego syna, którego jako buddysta nie mógł przełożyć przez kolano i wybić mu z głowy poprzez pośladki buntu z naporem i innymi durnotami… Historia w każdym razie zakończyła się dobrze – drżący tatulo nieco odetchnął, Młodociany zajął się intratnym nauczaniem angielskiego a nie biznesami szemrano-transportowymi, tatuażu sobie jak dotąd nie walnął nawet maleńkiego – i młócąc z pomlaskiwaniem kotlet z kurczaka zaczyna przemyśliwać, że jednak w przyszłości zostanie wegetarianinem, patrząc na mnie i moją wieprzowinkę w pięciu słodkich smakach niezwykle znacząco.
A teraz o polskim akcencie ( a jakże!) w całej sprawie mafijno – triadowsko – przestępczej na Tajwanie.
Finał sprawy był taki, że pan Andrzej w końcu zgłosił się na policję, zaangażował media i mera miasta – i dalej robi i sprzedaje ciastka – z bananem, z orzechem, czekoladowe i z malinami oraz czernicami/ostrężynami i borówkami (sprowadzanymi zresztą z Polski, bo amerykańskie nie pasują do koncepcji wystroju wierzchu placka). Ciastka – no własnie, dla mnie nic niezwykłego (ale dobre, nie waciane i mdłe), polski placek drożdżowy z owocową dekoracją, jakie jada się u nas często. Ale – dla Tajwańczyków to objawienie, eksplozja smaku, kulinarna nirwana i powiew egzotyki.
No i te drożdżowe bąbelki, plus galaretka z owocami na wierzchu, o której nie mają bladego pojęcia co to jest, bo na to, żeby galaretkę wylać na ciasto – zwyczajnie nie wpadli. I ten smak…  
I dlatego od siedmiu lat przed stoiskiem ustawia się nieprzerwanie kolejka amatorów słodkości „made in Poland” a część sfrustrowanej konkurencji krew jasna zalewa… A pan Andrzej dzienny utarg ma taki, że Młodociany aż się zakrztusił po usłyszeniu orientacyjnej kwoty, po czym stwierdził, że rzuca edukację, jedzie do mojej mamy na szkolenie i też będzie piekł ciastka...
Kończąc temat triad i przestępstw. Są one jak Yeti. Albo teza pracy magisterskiej, z którą biedzi się mój kolega Weasley – czyli „Wpływ Niemiec na politykę fiskalno – monetarną oraz antykryzysową w UE”. Wszyscy o tym wiedzą, słyszeć każdy słyszał – ale bezpośrednich, twardych dowodów na istnienie – brak.

wtorek, 8 października 2013

O triadach i przestępczości II

Jeżeli chodzi o Tajwan, leżący na styku Chin i Japonii – powinny występować tu zarówno wpływy yakuzy, jak i triad. Powinny -tak wnioskuję w teorii, w praktyce z jakąś większą czy bardziej widoczną przestępczością się nie spotkałam. 
Poza ciężkimi przypadkami typowych tajwańskich bandytów:
-kierowców, jeżdżących jak kretyni kompletni (szerzej na ten temat kiedy indziej, jak mi ciśnienie nieco zejdzie)
- dzieci, wyrywających sobie kredki i plecaki oraz hałasujących w normie przedszkolnej
- kolejkowiczów uprawiających hobbystyczne stanie
- babć i dziadziusiów sporadycznie manifestujących rasizm (bo zazwyczaj w 99% – albo są mocno onieśmieleni białością, albo demonstrują przyjazne zainteresowanie)

mój kontakt ze światem przestępczym ograniczył się do „słyszałam”, „widziałam z daleka”, „widziałam w telewizji”, „poznałam kogoś  kto zna kogoś” – czyli mniej więcej to co w Polsce, aczkolwiek na znacznie mniejszą skalę. Zapowiadanych przez Jaromira widowiskowych mordobić, pościgów, egzekucji i werbowania przez intrygujących mrocznych typów do oficjalnie prowadzonych  równie mrocznych interesów – ani dudu. I dobrze.
Co za kontrast dla Krakowa, który niedługo zmieni chyba nazwę na Maczetowo… Na Tajwanie z rzadka widuję grafitti, a już grafitti ze szczegółami anatomicznymi to ewenement na skalę światową. Nie ma zadymiarzy i „pseudofanów” pseudosportów, dresiarstwo jako ideologia jest raczej w potężnej atrofii. Ludzie raczej nie kradną – poza nightmarketami, gdzie słyszano o grasującym kiedyś tam kieszonkowcu (i specyficznych kradzieżach „na zamówienie”). Pisałam zresztą o Sarze, której policjant oddawał dokumenty – i w tym celu dymał z własnej inicjatywy przez pół Tajwanu prywatnym autem.  Mało jest żebraków (zamiast ostentacyjnego „deeej pan na mleeekooo i chleeeeb” ubodzy tego miejsca na świecie raczej pracują, na przykład przy recyklingu, czyli grzebaniu w śmieciach). Cyganów nie ma chyba wcale (i dobrze…). Kradzieże i zabójstwa zdarzają się sporadycznie, to raczej kraj gdzie można zostawić kluczyki w stacyjce skutera i iść na spacer a wracając mieć graniczącą z pewnością szansę na zastanie nieruszonego skuterka…  W wiadomościach mówią czasem o takich bzdetach – że aż rozkosz patrzeć na njus dnia typu „W Taipei pies sam jeździ komunikacją miejską i się nie gubi!” albo „Na rogu Heti i Mintsu restauracja wegetariańska wprowadziła nowy rodzaj pierogów” zamiast – tu zabito, tam pobito, siam skradziono, wyłudzono, może fartem aresztowano, ale jednak szybko wypuszczono.
Czy jest zatem Tajwan oazą praworządności i policja tam zajmuje się głównie bywaniem na eventach (patrz -ochrona żółtej kaczuszki przed przemieszczeniem przez wiatr i ewentualnie zasztyletowaniem parasolką) i nauką przechodzenia przez pasy w młodszych grupach przedszkolnych?
Nie jest aż tak pięknie…
* Pomimo dość ostrej polityki antynarkotykowej ( z karą śmierci za przemyt włącznie), wszelkie „substancje kolekcjonerskie” są dostępne. Nie raz zdarzyło mi się spotkać białasów z blantem w dłoni, snujących się w przestrzeni publicznej. Którym to blantem wydającym charakterystyczną woń, nikt, łącznie z przejeżdżającym w okolicy patrolem policji – się nie zainteresował… Panów (skośnookich) dzielących biały proszek na kreski na masce samochodu zaparkowanego w średnio ruchliwej ulicy np. podczas świątynnej parady też udało mi się kilkakrotnie wyłuskać z tłumu -aczkolwiek nie robiłam testów tego, co sypali…Może dzielili proszek do prania skarpetek na porcje odpowiednie akurat dla jednej porcji bielizny osobistej?
* Istnieje całkiem prężnie działająca branża przemytnicza. Poznałam jakiś czas temu takiego  ”kolegę” który ma biznes „transportowy” – czyli sprowadza i sprzedaje zwierzątka gatunków rzadkich i zagrożonych wyginięciem typu żółwie, węże i jaszczurki oraz świstaki, które dziany Tajwańczyk może sobie zakupić- aby pokazać, że go stać na taki rarytas. Biznes kolegi hula dosyć ostro, co ciekawe – ogłasza się on na fejsbuku… Pokazał mi swoje zwierzątka dosyć szybko, i był mile zaskoczony że wiem co nieco o gadach i jaszczurach. A zwłaszcza żółwiach…
Edit. Chciałam zamieścić zdjęcie kolegi niańczącego asortyment – ale chyba jednakowoż ktoś mu wytłumaczył, że FB nie jest dobrą platformą do handlu towarami niezbyt legalnymi. W każdym razie konto prywatne i „biznesowe” zniknęło – co w rzeczywistości azjatyckiej jest nie lada wydarzeniem…
* Tajwan miał nawet jednego bombera- pacyfistę, zwanego „ryżowym bombowcem” (info po angielsku – TU >>KLIK<<) – rolnika, który podkładał małe bombki samoróbki, wykończone ryżem – między innymi w budkach telefonicznych Taipei. Dlaczego to robił? Aby zwrócić uwagę na problem miejscowych producentów ryżu, zagrożonych bankructwem po wstąpieniu przez Tajwan do WTO (jako „Oddzielny obszar celny Tajwanu, Kinmen i Matsu” - dlaczego taka dziwna nazwa ,pisałam  już TU). Ładunki konstruował zogodnie z przeszkoleniem odebranym podczas obowiązkowej służby wojskowej – i dokładał wszelkich starań, aby przypadkiem komuś nie stała się krzywda. Z 17 podłożonych „bombek ryżowych”eksplodowały dwie, nie powodując żadnych większych strat materialnych. Po wcześniejszym zwolnieniu z więzienia rolnik z zacięciem saperskim skupił się na działalności dla siebie najważniejszej – czyli pomocy rolnikom poszkodowanym przez napływ taniego ( i często złej jakości) ryżu, oraz  promocji „rolnictwa ekologicznego/organicznego”.
* Choć obsadzanie urzędów państwowych za pomocą klucza „krewni i znajomi” nieco ograniczono wprowadzając obowiązkowe egzaminy dla kandydatów na urzędnika państwowego – to jednakowoż łapówkarstwo i malwersacje kwitną.  Przykład płynie z góry, najgłośniejsze afery to aresztowanie byłego prezydenta za „zaginione” 30 mld USD w 2008 oraz tegoroczna – która na końsko-botoksowej twarzy obecnego prezydenta Ma dorzuciła kilka zmarszczek – gdy okazało się, że jego rzeczniczka przyjeła 10 mln taibi (czyli ponad milion PLN) za ustawienie przetargu.
* Istnieją grupy trzymające władzę i pilnujące porządku oraz zbierające dobrowolne „security fee” na na przykład targowiskach oraz najtmarketach (o tym za chwilę). A dlaczego istnieją i mają się dobrze? Gdyż…
A teraz śmietanka z wisienką :D
W odróżnieniu od Japonii i Hongkongu, gdzie triady/yakuza trzyma się raczej w podziemiu – na Tajwanie tongi (jeszcze jeden synonim) działały powiedzmy pół legalnie… Brak bardziej zdecydowanych działań policyjnych (ponoć i według różnych źródeł) wynikał z tego, że owe organizacje i „bractwa” znalazły się pod swego rodzaju ochroną partyjnej wierchuszki. A czemu tak? Bo swego czasu (jeszcze na kontynencie) wspierały Kuomintang w utrzymaniu władzy, komunistów i ich sprawiedliwości ludowej bojąc się jak diabeł święconej wody.
Najsłynniejszym członkiem, stojącym ponoć dosyć wysoko w hierarchii Stowarzyszenia Trzech Harmonii był założyciel Republiki Chińskiej – doktor Sun Yat-Sen. Od początku swojej działalności rewolucyjnej był on związany osobą swoją oraz swoich współpracowników z rozlicznymi  ( w tym „międzynarodowymi”)grupami tongów, którzy z założenia byli przeciwnikami Mandżurów (a także Japończyków i „długonosów”, panoszących się na terytoriach słabnących Chin… Sun Yat Sen próbował ich nakłonić do zbrojnego powstania przeciwko okupantom japońskim – i prawie mu to wyszło. Prawie, gdyż przedstawiciele rozlicznych organizacji zgodzili się co do zasadności chwycenia za broń w celach nie zarobkowych a patriotycznych – po czym przed przejściem do czynu chwycili się za łby na etapie przedwstępnych negocjacji, kto z kim i co ma robić. Oczywiście, z mafijnego powstania zostały strzępy, które szybko uprzątnęła japońska policja.
Jednakowoż, gdy SunYat Sen w końcu spełnił swój wielki sen o „pierwszej azjatyckiej demokracji”, o swój udział upomnieli się wieloletni współpracownicy z lokalnych i emigracyjnych kręgów, którzy w rozwarstwionych ekonomicznie i niestabilnych Chinach okresu międzywojennego zbili niewyobrażalne fortuny. Ponoć w Akademii Wojskowej Whampoa całe dowództwo wywodziło się z triady Zielonego Gangu – blisko związanego z młodym, błyskotliwym oficerem nazwiskiem Czang, Czang Kaj Szek. W niespokojnych latach dwudziestolecia międzywojennego triady wspierały rządzących – a właściwie chroniły siebie i swoje interesy, znając z opowieści rosyjskich uchodźców możliwości i perspektywy związane z ustanowieniem „władzy ludu”, czyli likwidację wszelkich dochodowych „poletek” – opium, prostytucji, bogatych ludzi, kupców i przedsiębiorców. Zatem nie powinno zaskakiwać, że podczas wielkiej ewakuacji popleczników rządu „demokratycznego” (tak naprawdę nie był on wcale aż tak demokratyczny…) oczywiście wśród ewakuowanych na Tajwan znaleźli się „kluczowi współpracownicy pionu wywiadowczo-dywersyjno-sabotażowego”, którzy wraz z resztą uprzywilejowanych uciekinierów ułożyli sobie życie na nowo.
Więcej na ten temat: 
Na zakończenie.
Tajwan jest krajem naprawdę bezpiecznym. Znacznie bezpieczniejszym niż Polska. Nie oznacza to bynajmniej, że chadzają sobie tu same kryształowo czyste anioły o duszach nieskalanych nawet myślą o jakimś wałku.
Jednakowoż, jeżeli na przykład zgubisz portfel z dokumentami i klucze w autobusie, to zostanie ci on zwrócony ( nie wiem jak z gotówką, ale zakładam, że szansa na odzyskanie nienaruszonej sumy jest sporo wyższa niż nad Wisłą). 
Nie wydaję mi sie, żeby ktokolwiek kogokolwiek żgał tu nożem bez powodu, stadionów nikt nie pali, racami dymnymi się nie rzucają, bitew na sprzęt rolniczo-ogrodniczy typu widły i maczety nie zanotowano (a mój znajomy policjant po obejrzeniu losowego filmiku z akcji stadionowej był w cięzkim szoku i pytał, czy to wojna jakaś).
Jeżeli zdarza się jakieś zabójstwo – to raczej nie z nudów (w ostatnim roku na tapecie była studentka, która w afekcie zadźgała molestującego ją od lat dziadunia z sąsiedztwa, oraz wietnamska żona, którą mąż gnębił, aż przesadził i dostał nożem z zaskoczenia od niewiasty w stanie załamania nerwowego). 
Przestępstwa skarbowe i bankowe są tu „plagą” na tyle wielką, że rząd tajwański podjął kroki prewencyjne owocujące między innymi weryfikacją zakupów za pomocą karty kredytowej (vide – jak kolega kupował mi bilet) oraz koniecznością dostarczenia listy zweryfikowanych kont, na które można wysyłać pieniądze korzystając z dostępu internetowego.

Triad ganiających po ulicach i łupiących kogo popadnie – nie uświadczyłam. Ale… ( o tym w następnym poście)

niedziela, 6 października 2013

O triadach i przestępczości I

Przed pierwszym wyjazdem kolega Jaromir roztoczył przede mną apokaliptyczną i katastroficzną wersję jak to na każdym kroku będę obserwować mafijne porachunki niczym w SinCity albo Gotham, a także szybko zostanę zwerbowana przez owe  triady jako bladolica piękność ( w jakim celu Jaromir już nie dodał, albo mi umknęło) i rozpocznę szybką wspinaczkę po szczeblach hierarchii świata przestępczego etc. 

Odrobinę wcześniejsza wizja po ogłoszeniu radosnej nowiny pt.: „Jadę na wymianę, nie z Orgazmusa tylko do Azji i jeszcze będę się uczyć chińskiego!” obejmowała aresztowanie, nawrócenie na ideologię komunistyczną i przysłanie do Polski jako piątej kolumny i arcyzdolnego szpiega – Jaromir bowiem (podobnie jak wiele innych osób, w tym ja sama) miał blade pojęcie o rzeczywistej destynacji mej wycieczki. No dobra, ja miałam nieco mniej blade, bo wiedziałam, że to będzie Tajwan, a Tajwan to nie Chińska Republika Ludowa i komunistów tam tępią zaciekle i zażarcie…
Dygresyjnie, kilka ciekawostek, dokąd to się wysłałam i co z tym było związane
- M.: Tylko uważaj w tej Tajlandii, nie daj sobie nic do walizek wrzucić. I na lejdibojsów też uważaj! (Za przemyt narkotyków w rejonie „Złotego Trójkąta” sankcje obejmują karę śmierci lub 200 lat gnicia w tajskim więzieniu. A co do lejdibojsów, to dla pana, który wyrwał „zajebistą dupencję” pobudka u boku dupencji z zakamuflowanym siusiakiem i dalszy żywot ze świadomością harców podejrzanych orientacyjnie jest chyba wystarczającą karą)
- Mama do mojej przyjaciółki z liceum: ” Magda jest w Wietnamie na stypendium…”. Meri do mnie – „Ty, a co ty w tym Wietnamie, komunistów biłaś, czy jak? Do wojska wstąpiłaś, albo co?”
- Tata: Podczas rozmowy na skype  dzwoni mu komórka. Tata mówi mi: poczekaj chwilę, odbiorę bo to kolega z pracy. Odebrawszy komórkę 50dB głośniej  (ale to standard) odzywa się: Eeee, słuchaj, no, bo teraz to moja Magda dzwoni do mnie, wiesz ona jest w Sin-ga-pu-rze i wiesz,noo, zaraz oddzwonię do ciebie
Standardem było ostrzeganie mnie przed psami w ryżyku i zbytnim liberalizmem, bo u tych komunistów, to wiesz. Inna sprawa, że rzadko podawałam lokację, w której będę uczyć się języka chińskiego – więc Chiny nasuwały się łopatologicznie.
- Cezar (alias mój wierny wielbiciel): To cudownie, że odnajdujesz się w tej szkole zakonnej z wykładowym tradycyjnym mandaryńskim! A czy na przerwach ćwiczycie gimnastykę tai-chi? (przysięgam, on pytał poważnie, nie robiąc sobie jaj!)
***
Usłyszawszy, że jednakowoż nie udaję się do Hongkongu i nie ma co liczyć na barwne relacje z pierwszej ręki prosto z mafijnego podwórka, Jaromir nieco posmutniał, bowiem w szerokim wachlarzu jego zainteresowań oprócz wszelakich spisków, dziwactw i afer, poczesne miejsce zajmują dalekowschodnie organizacje przestępcze. Zwłaszcza te owiane nimbem tajemnicy i otoczone mgłą romantycznej egzotyki, doprawione skośnookim dżentelmenem odzianym w dopasowany garnitur i demonstrującym stosowny poziom władczej męskości… Yakuza i triady zyskały niewytłumaczalną popularność i wielką estymę jako te czcigodne i cywilizowane, uprzejme i kulturalne organizacje.
No cóż.
Uprzejme i kulturalne nie mogą być z zasady – Chińczycy są  mało uprzejmi i jeszcze mniej kulturalni, przynajmniej według naszych, zachodnich norm (moim typowym zarzutem jest zadawanie nowo poznanej osobie pytań typu ile zarabiasz i kim jest twoja rodzina, oraz innych równie mało wygodnych, ponadto pchanie się  tudzież żarcie jak prosięta, publiczne bekanie, pierdzenie, charkanie i plucie oraz darcie japy tudzież kilka innych „kfjatków”). I vice versa, wedle ich kryteriów my nie tylko nie grzeszymy kurtuazją, słoma nam z butów wystaje i ogólnie jesteśmy prości jako te dzidy i buraczani dystyngowaną urodą hektarowego pola warzyw pastewnych.
Teoretycznie uprzejmość i wysoką kulturę osobistą może sugerować to, że zamiast swojskich gangów Baraniny, Cielęciny, Klopsów z Marchewkami i innych Korków, Stworków i Potworków, w Azji pojawiają się „grupy pana Wanga, Changa i Huanga”, przynajmniej w teorii. Tak naprawdę to raczej błąd w tłumaczeniu. Bo azjatyckie organizacje przestępcze do szczególnie subtelnych nie należą…  Ani pod względem zakresu działania (czyli standard – lichwa, przemyt ludzi i towarów, haracze, zabójstwa, sutenerstwo, porwania, handel podróbkami i wszelakie fałszerstwa etc) ani metod. Także członkowie nie zaliczają się do szczególnie intelektualnie rozwiniętych (poza ścisłą „górą”, których rodziców ewentualnie stać było na wykształcenie sukcesorów za granicą) i prezentują raczej poziom dresiwa pospolitego, ganiającego z rozmaitą bronią sieczną po ulicach mego pięknego miasta, tą małą różnicą, że zamiast szeleścić ortalionem i łyskać łysym łbem – Azjaci odziani są w krzykliwe łachy (na bogato!) – wbrew stereotypowemu wizerunkowi skośnookich mafiozów odzianych w gustowne garniturki, doskonale dopasowane do wyrafinowanych intelektualnie posunięć strategicznych.
Być może estyma, jaką darzone są triady wywodzi się z zamierzchłej przeszłości – albowiem „bractwa trzech harmonii” ( 三合會, Sānhéhuì) to klasyczny przykład bardzo szlachetnej organizacji patriotyczno- oświatowo-niepodległościowej, która jednakowoż zeszła na psy. Gdy w XVII wieku w Chinach władzę przejęli Mandżurowie (alias dynastia Qing), nie zyskała ona zbyt wielu popleczników. Oficjalnie walczył z nimi między innymi Koxinga – ten sam, który został zesłany na Tajwan (i tam, z braku Qingów gnębił Holendrów), natomiast szybko stało się jasne, że Qingowie nie będą się patyczkować z niechętnymi im chińskimi możnowładcami ( tym, którzy odmówili ścięcia włosów na wzór mandżurski, z wysoko wygolonym czołem i długim warkoczem – po prostu ścięto głowy), zatem ocaleni pseudo-lojaliści mandżurscy (oraz niedobitki mnichów z klasztoru Shaolin) „zeszli do podziemia, tworząc własnie owe „Bractwa Trzech Harmonii”. Początkowo bractwa zajmowały się knuciem planów „jakby tu dokonać przewrotu i przywrócić dynastię Ming”, ale gdzieś około XIX wieku skupiły się na bardziej intratnej działalności – takiej jak przemyt opium oraz organizacja domów publicznych, na dalszy plan spychając działalność niepodległościową
Filmów z serii „yakuza i inne twory yakuzopodobne” jest wiele. Najczęściej są to „superprodukcje” klasy B, C, D …, gdzie trup ściele się gęsto, przemoc ogólna i gwałty walczą o pierwszeństwo z bluzgami, wszystko spięte jest klamrą ledwie trzymającego się kupy scenariusza – i jest towarem dla pasjonatów. Obejrzałam raz takowe dzieło, w wersji „soft”, pod wiele sugerującym tytułem „Naga broń” – o dziewczynkach szkolonych do roli zabójczyń, używających w charakterze narzędzia zbrodni swych ponętnych i wyćwiczonych ciał…  (yyy? brzmi jak fabuła kiepskiego pornola?)… Najmocniejszym punktem były nawet nie dialogi, a komentarze dodane przez fandomowego tłumacza (recenzja – TUTAJ >>KLIK<<). Siłą rzeczy owo „dzieło”, nawet wysoko notowane w rankingach gatunku, nie zachęciło mnie do głębszego zapoznania się z nurem kina skośnooko-mafinjnego. Zresztą wszelkie kino „mafijno- przestepcze”, wliczając w to klasykę gatunku jakoś niespecjalnie mnie pociągało.
W weekend padało, więc nudziłam się jak mops.  Młodociany przyjeżdżający z lanczykiem zaproponował zatem -oglądanie filmu, bardzo dobrego i interesującego, o mafii w Hongkongu. Od czasu, kiedy „bardzo dobry i interesujący film” pt „Batman- Mroczny Rycerz”, obejrzałam do końcowych napisów, czekając na obiecany moment „zrobi się bardziej interesująco” – i nie zrobiło się, na filmy sugerowane przez Młodocianego mam lekką alergię i rezerwę. Kiedy usłyszałam jeszcze, że to będzie film po chińsku, zrealizowany w Hongkongu – uzbroiłam się w cierpliwość i zapowiedziałam, że przy pierwszej scenie z fruwaniem przeciwników wyłączam komputer  i wychodzę…
Nie tylko nie wyszłam, ale obejrzałam wszystkie trzy części „Infernal Affairs”. Nie było latających kaskaderów, niekończących się magazynków, bluzgów, ani tępych policjantów, ani moralizatorskich akcentów. Było inteligentne kino psychologiczne o policyjnym wywiadowcy w szeregach najsilniejszej w Hongkongu grupy Sama (subtelnego niczym warchlak) i wtyczce Sama w policyjnej strukturze, o problemach z tożsamością wynikających z bycia „odwróconym”, o trudnym zadaniu stania na straży prawa i porządku, a wszystko podlane buddyjską filozofią. I o dziwo – pomimo, że jest to tryptyk, udało się uniknąć „klątwy sequela”.
„Interal Affairs”posłużyło jako inspiracja dla nagrodzonej OSkarem „infiltracji” Martina Scorsese. Na forach można spotkać diametralnie różne opinie – która wersja jest lepsza. Wiadomo, że wiele zależny od tego, w jakiej kolejności obejrzy się obydwa filmy. Generalnie – uważam wersję HKG za ciekawszą, subtelniejszą (mniej rzucania mięsem i fackami w rozmaitej konfiguracji) i bardziej pomysłową (np zastosowanie alfabetu Morse w komunikacji Scorsese zastąpił łopatologicznym  użyciem komórki). Co do aktorów – osobiście nie mam problemów z odróżnianiem jednego Chińczyka od drugiego (ale z Chinkami jest już gorzej), a pojedynek Nicholsona, DiCaprio i Damona o każda minutę obecności na ekranie średnio mi się podobał. O ile Infernal Affairs obejrzałam od A do Z, to po 40 minutach mordowania się z „Infiltracją” po prostu poszłam spać, bo nic nie było mnie w stanie zaskoczyć. 
Żadna z postaci nie wzbudziła choćby cienia sympatii (drętwy Damon przegrywał z Andym Lau, a rola Leosia niestety rozpisana była w sposób wybitnie antypatyczny).  Dodać należy do tego jeszcze tło epatujące przemocą, mordobicia i strzelaniny (których nie lubię), wszechobecne „facki” w rozmaitych konfiguracjach, w zagęszczeniu zdecydowanie zbyt wielkim i ogólne zblazowanie z tumiwisizmem stróży prawa… Niestety, Scorsese zabił głębszą wymowę filmu – pozbywając się azjatyckiej, buddyjskiej otoczki nie dał niczego w zamian, przez co amerykańska wersja jest po prostu… amerykańską wersją, dla stereotypowego Amerykanina, co myśleć nie lubi.
W każdym razie – na deszczowy weekend polecam Infernal Affairs.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...