Na Tajwanie chrześcijanie wszelkiej maści stanowią znikomą mniejszość. Większość jest buddyjsko-daoistyczno- budda raczy wiedzieć jaka, bo zmiksowana na dziesiątą stronę.
Wśród tych "chrześcijan" najwięcej jest rozmaitych protestantów, adwentystów dnia siódmego i innych -dla mnie woniejących sekciarską siarką, smołą z pierzem i dymem piekielnym. Kilkoro moich znajomych zasila w pierwszym lub drugim pokoleniu gorliwe szeregi neofitów i nasłuchałam się ciekawych historii "religijno-oświeconych".
Mój kolega Ben ma siostrę i rodziców, wszystkich gorliwych nawróconych. Bena chińskie imię znaczy "wierzę w ducha", jego siostra to "wierzę w świętość", razem - dzieci zwą Duch Święty Lin. Razem rodzinnie modlą się w niedziele, jeżdżą na jakieś świątynno-kościelne spędy i spotkania biblijno - modlitewne co czwartek. Ben nawet mieszka w świątynnym internacie, co ma go chronić przed zgubą czyhającą na młodego człowieka w wielkim mieście (a co absolutnie nie przeszkadza Benowi mieć minimum 2 równoległe dziewczyny i szereg podrywek, i bynajmniej nie spotykają się w celu czytania biblii i trzymania za rączki, bo i jakieś historie z szybką zbiórką pieniędzy na aborcję też miały miejsce). No ale odpuśćmy Benowi.
Żorżetta z kolei nawróciła się z buddyzmu-daoizmu w dużym mieście. Usiłowała ciągać mnie i Kasię na jakieś spotkania modlitewno-rekrutacyjne i koncerty ze świadectwami wiary, ale jakoś nie byłyśmy zainteresowane. Choć kusiła jak mogła, opowiadając o zbawczej mocy wspólnych modłów i nakładania rąk tudzież błogosławieństw, ponoć jakiejś kobiecie na takim spotkaniu noga urosła czy odrosła. No właśnie...
O nasze zbawienie dbała nasza koleżanka z klasy, siostra Vicky Chang Coco, z którą jeździłyśmy do filipińskiej parafii z mszą po angielsku, małym kościółkiem i poczęstunkiem oraz bardzo sympatycznymi księżmi. Szczerze mówiąc, religijność moja sięgnęła szczytów od czasów chyba komunijnych, bo w mszy uczestniczyłam co drugi tydzień. Mniej o religię chodziło, bardziej o atmosferę. No i o wyżerkę - albowiem jeden z księży, Father Joel, smakoszem był i spożywać w naszym towarzystwie wypasione obiadki lubił, a my korzystałyśmy i dupki nam rosły.
Father Joel prowadził prawdziwy katolicki kosciół w aborygeńskiej wiosce. Aborygeni bowiem, w odróżnieniu od Chińczyków zasiedlających Tajwan - zostali schrystianizowani przez misjonarzy holenderskich oraz hiszpańskich, i do dzisiejszego dnia pozostają w znacznej mierze religijni w duchu katolickim.
Ale msze aborygeńskie różnią się od zwykłych chińskich, Aborygeni podobnie jak nasi polscy górale - lubią celebrować ważne wydarzenia tradycyjnymi ceremoniami, z użyciem tradycyjnych strojów, śpiewami i grą na instrumentach.
Również kościoły przystrajają na swoją własną, folkową nutę, zupełnie inną od nowoczesnych czy tradycyjnych kościołów europejskich - za to z ciekawą nutką indiańsko- zakopiańską.