sobota, 2 listopada 2013

Tydzień pod zdechłym Azorkiem część II

Czwartek

Postanawiam ruszyć dostojne cztery litery na plażę. Po przemarznięciu w metrze (rozpieszczają nas klimą w cenie biletu aż do granicy dobrego smaku) i spieczeniu się na chrupiącego kurczaka w zwrotnikowym słońcu, po 30 minutach spaceru docieram upocona i zziajana do Secret Beach na końcu Uniwersytetu Sun Yat Sena… I odbijam się od kraty. I to takiej kraty, jakby za nią skarby jakoweś były, rezerwa federalna złota albo kopalnia diamentów. Wysoka na 3 m, zespawana z prętów grubych jak moja ręka, wierzchem umajona drutem kolczastym i okraszona kłódkami wszelkiego gabaryta oraz autoramentu. Może i bym skoczyła górą, bo w zasięgu jest strategiczny narożnik umożliwiający skok przez płot – ale koło naroznika stoi jak wół autko z napisem „SŁużba Konserwatorska Uniwersytetu”, a w cieniu koło autka nonszalancko rozwalają się panowie z tejże służby, jarając szlugi i kontemplując dzieło zniszczenia. Wracam do domu bluzgając w duchu, a brak lodów mango (dostepnych do końca października według reklamy) wcale mi nie poprawia humoru.
Zasiadam do nauki, bo czuję, że chodzenie po ulicy w tym stanie rozgoryczenia może owocować tragedią. Łączność ze swiatem znów zniknęła, więc naprawdę zasiadam do nauki, a nie symuluję robienie czegoś mądrego, pykając jednocześnie w EngryBerdsyOnline. Po skrupulatnym zapisaniu dwóch arkuszy krzaczkami czuję się znacznie lepiej, spokojna i oczyszczona duchowo, a ponadto przygotowana do zajęć w stopniu komfortowym. 
Ruszam zatem zrobić pranie – i wraz z bluzą piorę USB Młodocianego, które on z tajniaka upchał mi w kieszeni. Na tym USB znajdują się owoce trzech lat pracy jako nauczyciel, wszelkie konspekty, pomoce, materiały dodatkowe, testy ćwiczenia. No dobra, zawartość udaje się ocalić za pomocą suszarki do włosów pożyczonej od Yoyo. Dopieszczony nadmuchem kawałek plastiku z obwodami łaskawie raduje serca nasze tym, że działa.
Siedząc na schodach i łapiąc internet (zew złych ptaków z Finlandii wygrał z poczuciem obowiązku i pozostałymi zagadnienia do nauki – bowiem w azjatyckiej szkole przygotowujesz się do lekcji nie tylko wstecz, ale i w przód) czuję rytmiczne kołysanie podłogi. Spanikowana sąsiadka wypada z mieszkania i zasadza mi drzwiami w głowę, a z buta po żebrach. Co dziwne i zaskakujące, nie kaja się przepraszająco, tylko ucieka po klatce schodowej... I dopiero wtedy załapuję, że to właśnie sobie w najlepsze używa trzęsienie ziemi. Wstrząsy trwały minutę, w Kaohsiung miały siłę jakiś 4 stopnie w skali Richtera (niewielkie wstrząsy, wyczuwalne przez wiekszość ludzi, nieszkodliwe), ale już w Tajpej zatrzęsło się solidniej - 6.0 do 6.6 w skali Richtera – czyli średnie wstrząsy, pomniejsze zniszczenia. No tak, zachód słońca był na czerwono, można się było tego spodziewać.
Piatek
Zakatarzona od przedawkowania klimatyzacji w metrze czytam z trudem dialog o zdrowiu (ale daję radę, Nauczycielka Luo poprawia mi tony tylko 8 razy, co jest sukcesem, bo Nauczycielka Zheng potrafiła mnie porawić 8 razy w ciągu jednego zdania), z uwagi na mój zatkany nos wypadam nad wyraz przekonująco. Trud w czytaniu wynikał z tego, że podczas wczorajszej nauki odpusciłam sobie krzaczki o zdrowiu, kując krzaczki do lekcji „Konstrukcja listu formalnego”, który mieliśmy dziś przerabiać. Ale, że przygotowałam się za dobrze, to uwinęłyśmy się z tym koksem w trymiga, i przeszliśmy do grypki, chrypki i problemów Tajwańczyków z brakiem płatnego zwolnienia lekarskiego. W której to dziedzinie jeżeli chodzi o znajomość krzaczków przypominałam przebiśnieg, albo inny szczypiorek zieloniutki. I patrzyłam na nie jak cielę w  malowane wrota, nie kumajuąc co to za wywijasy mi w książce nabaźgrano. Całe szczęście, Japonka Kaede podsuneła mi swoją książkę, z wyrażnie wykaligrafowanym pinyinem (czyli romanizacją) newralgicznych nowości. Tam, gdzie zamiast pinyinu była japońska katakana miałam lekką zagwostkę, ale się udało rozszyfrować – jeszcze pamiętałam z lekcji japońskiego co jest czym. Uf.
W ramach przerywnika i kontrolowanego offtopa zbaczającego od grząskiego gruntu „wymień pięć objawów grypy po chińsku” pytam Nauczycielkę Luo o ów poniedziałkowy przypadek od dengi. I wcale nie szczęśliwsza dowiaduję się, że owszem to denga i to dość ciężka. Gdy na język cisną mi się nieparlamentarne wyrazy pod adresem wrednej Wendzarni trzymającej nas w nieświadomości, do klasy chyłkiem wpełza Sabine – sekretarka z biura, i wręcza Nauczycielkce Luo karteczkę. Która okazuyję się być informacją ostrzegawczą, tudzież podnoszącym na duchu zapewnieniem o zastosowaniu oprysków antykomarzych w okolicy CCL (czyli budynku do nauki chińskiego dla obcokrajowców). Reszty Wendzarniowego kampusu nikt nawet nie mysli opsikać, bo za duży i za drogo by wyszło.
Jednak tawiadomośc okazała się małą betką w porównaniu do niusa, który zelektryzował południe i północ wyspy jednocześnie, pogrążając społeczęsntwo w nieomal histerii i żałobie narodowej. Otóż w wyniku trzęsienia ziemi zdechła Żółta Gumowa Kaczuszka, pływająca w Taoyuan. Mieszkańcy Kaohsiung wraz z burmistrz Pulchną solidarnie zaofiarowali pomoc – czyli wygrzebanie z magazynów spoczywającej tam w pokoju Żółtej Gumowej Kaczuszki nr1 i wysłanie jej na północ.
Szczegóły w niedzielę, bo na dziś mam dość hiobowych wieści i postanawiam zająć się wyłącznie grą w „Sally’s Spa” lub Settlersy, oraz lekturą kilku apetycznie zapowiadających się kryminałów skandynawskich. 
I prawie się mi udało ten plan zrealizować i nie zaszkodzić sobie, ale…
Zwieńczeniem dnia stała się awantura ze śmieciarką. Idę o 21 wywalić smieci – posegregowane na worek z recyklingiem i worek bez recyklingu, z bombą biologiczną. Worek z recyklingiem zazwyczaj oddaję Babci od Śmieci, która zbiera plastik-papier-metal-szkło i oddaje do skupu, dorabiając do emeryturki. Ale Babci nie było w jej kanciapce, zamkniętej na cztery spusty. Nie było jej też przy przystanku dla smieciarki, gdzie zazwyczaj dyżurowała i szperała w cudzych workach w porze pojawiania się śmieciarki z melodyjką. No to wyrzuciłam oba wory, siuup na wysypisko precz z oczu moich…
Szybkim niczym atakujący grzechotnik ruchem pańcia z obsługi śmieciowozu złapała jedną ręką mój nadgarstek, drugą ładnie zawiązaną paczuszkę z butelkami, kartonami, puszkami – i podstawia mi ją pod nos, a nawet o zgrozo rzuca na asfalt! Coś przy tym w dodatku do mnie mówiąc soczyście i potoczyście, a na pewno napastliwie, głośno i niewyrażnie – z uwagi na maseczkę ochronną. Coś jakby, że to recykling (jak bym nie wiedziała…) i mam to zabrać do domu i poczekać na śmieciarkę od recyklingu, w sobotę o 17…
Popatrzyłam na nią tylko, przeprostowałam się na całe posiadane 170 cm, stwierdziłam, że chyba sobie żartuje, śmieci to śmieci – i poszłam w pierony. A snuł się za mną szmerek oburzenia społecznego plus dyszkancik pani smieciarkowej… Jak się okazało słusznie – bo faktycznie tajwańska kultura recyklingu pozwala obsłudze smieciarki na odmowę przyjęcia worka z odpadami mogącymi zostać przetworzone, o ile zauważy taką niegodną praktykę. Młodociany zdegustowany mą lekceważącą postawą wobec latania na smieciarkę dwa razy dziennie zsolidaryzował się ze zniesmaczonym ogółem i solidnie mnie obsobaczył za nieszanowanie tutejszych tradycji.
A mi przez mysl przeszło, że teraz przez najbliższy miesiąc będę musiała odpady upłynniać do pobliskiego aromatycznego ścieku – o przepraszam, romantycznego kanału dopływowego Rzeki Miłości, bo jak się pojawię w okolicy przystanku smieciarki, to mnie chyba zlinczują lokalsi, i wrzucą do tej śmieciarki na służbę społeczną, cobym się nauczyła…
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...