Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pranie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pranie. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 22 lutego 2015

Kuchennego randkowania część trzecia

Już wiecie, że udało mi się trafić na cudem ocalały z epoki kamiennej okaz nieuleczalnego wikińskiego dżentelmana, co na cnotę mą nie nastawał (ku szczeremu żalowi głodnej wrażeń panny M.) a egzotyczną urodą powodował, że język mi się plątał i mentalnie wracałam do wczesnej podstawówki, gdy z wypiekami oczekiwałam pojawienia się Taxido Kamen albo innego wielkookiego bohatera japońskiej kreskówki z włoskim dubbingiem i polskim lektorem.

Wciąż mam nadzieję na płomienny chiński romans, inny od przaśno-siermiężnego scenariusza komedii romantycznej rodem znad Wisły lub innego Holiłuda. Urzekły mnie chińskie legendy o miłości po grób, oczarowała smutna historia romansu bez happy endu (pisałam o niej w poście "Najpięknieszy znak chińskiego pisma"), no i nie ukrywam - podobają mi się Azjaci.
Smukli, szczupli, o ciemnych oczach pełnych tajemnic, widzący świat zupełnie inaczej niż my, barbarzyńcy z Zachodu. Podobają mi się ich czarne, błyszczące włosy, delikatne rysy twarzy, nieśmiałe uśmiechy, gładka skóra podobna do budyniu karmelowego. Przyjeżdżając na Tajwan nieco się rozczarowałam, bo przystojniaków pokroju Jeta Li było znacznie mniej niż kluchowatych kopii Jackie Chana, nie spotkałam nikogo kto choć z daleka wyglądałby jak Andy Lau, a osobnicy pokroju Tonego Cheunga czy Erica Tsenga jakoś mnie nie kręcą (tą trójkę aktorów mogliście widzieć w polecanym kiedyś przeze mnie filmie "Infernal Affairs", dla przypomnienia piosenka tytułowa). Niestety, okazał się - że Azjaci tajwańscy nie są wcale tacy fajni jak ci Azjaci z azjatyckich filmów, że mlaskają i w dodatku są straszliwie nieśmali, więc w efekcie wylądowałam w Norwegii pełna entuzjazmu dla mozliwości gimnastyczno-towarzyskich aspiracji.
W każdym razie - kucharz imieniem Haakon, wyglądający jak ucieleśnienie moich dziecinnych marzeń o ożywionej kreskówce (dopiero kiedy obejrzałam film o dziewczynce wyłażącej z telewizora to marzenia mi trochę sklęsły) - po tym jak przełknął moje nieskładne bełkotanie z dnia poznania, jak już sprawdził moją kondycję poprzez maratoński spacer po wichrowych wzgórzach - w końcu przeszedł do rzeczy i na powiedzmy że trzecią randkę zaprosił mnie do siebie, na obiadek. Ekscytacja moja sięgała zenitu, jarałam się jak łysy szczotką Tangle Teezer albo piroman wycieczką do składu amunicji.
W końcu nadszedł ten dzień zero, gdy pożegnałam swoją grupę Chińczyków opuszczających portowe miasto i wolna jak ptak rozpoczęłam przygotowania do randki. Wiecie - szorowanie, balsamowanie, gorączkowe układanie grzywki górnej oraz dolnej, nawoływanie w głos kobiet nierządnych gdy nierzone seksowne stringi trochę zbyt kusząco wcięły się w atuty, gorączkowe miotanie garderobą w poszukiwaniu "tego"zestawu (po przygodach spacerowych wolałam się zabezpieczyć na wypadek gdyby domek kucharza okazał się namiotem na wrzosowisku albo ażurową konstrukcją z karton-gipsu bez ogrzewania) itp. Tymczasem kucharz wysłał mi sms - że musi pilnie jechać do pracy bo cośtam, ale wróci wcześniej i kolacja pozostaje w mocy. I tak oto na miotaniu, czesaniu, mierzeniu i klęciu upłynął mi czas do osiemnastej, potem 19 i w końcu o 20 z minutami dostałam wiadomość "dobra, skończyłem, jadę do domu, bedę po ciebie o 22.30". Krew się we mnie zagotowała. To ja tu poszczę w oczekiwaniu kolacji, żołądek przykleja mi się do kręgosłupa, kiszki grają marsze żałobne i weselne, siedzę jak na szpilkach od poranka, a stringi usiłują przerżnąć mnie na pół, stanik ściska mnie takim puszapem że oczy wystają mi równie daleko jak biust - a pan kucharz zamiast w dyrdy zapychać po mój wygłodniały odwłok chce żebym męczyła się tak kolejną godzinę albo i dwie??? O nie!
Zatem skruszony kucharz w stroju niewyjściowym (roboczy dresik swącący rybą i owocami morza), w wehikule pasującym do odzienia - podjechał z fasonem po wypachnioną, wylaszczoną, w wersji randkowej- mnie. No dobra, ratowała go mangowa fryzura, na ortalionowe odnóża starałam się nie spoglądać oraz oddychac półnoskiem i wdzięcznie falowac biustem, żeby się nie zainhalować świeżym dorszem i makrelą na amen.
I pojechali.... W międzyczasie okazało się, że jedziemy znów na jakieś romantyczne zadupie, światła miasta się skończyły, zaczeły się chaszcze, kucharz wpadł w guźcowaty stupor znany z poprzedniej randki i tylko gapił się półgębkiem spod oka, łyskając ciemnym oczyskiem to na mnie, to na drogę - a ja zaczęłam się zastanawiać czy może nie wyskoczyć w biegu, bo inaczej skończy się to mym dietetycznym odwłokiem podanym jako pieczeń na comiesięcznym spotkaniu Norweskiego Towarzystwa Wilkołaków, Wampirów i Seryjnych Morderców...
Jednak zanim okiełznałam mechanizm klamki- zajechaliśmy na parking, na oswietlonym osiedlu. Ufff. Kucharz nieśmiało usiłował perswadować mi jakieś 10 minut samotnego spaceru po okolicy, to znaczy, - ja sobie pospaceruje, obejrzę jak ślicznie wyglądają okoliczne ciemności a za chwilunię on mnie zaprowadzi do siebie, bo wypadł do roboty kiedy wywracał mieszkanie do góry nogami w celu posprzątania przed randką no i hmm... ono takie wywrócone jest dalej, i jednakowoż jeszcze oprócz huraganu z harmidrem to szybki prysznic i zmiana odzieży na wersję wieczorową też by w tych paru minutach mogła zajść...
Huragan z harmidrem i cuchnącycm śledziowato dresiwem przegrał z płomiennym spojrzeniem wykrzesanym na takie dictum. Spacer odpadł. Mieszkanie zaiste wyglądało jakby toczyła się nim krasnoludkowa wersja bitwy o Stalingrad, no ale kto był mieszkaniu studenckim podczas sesji - ten nie takie rzeczy oglądał :D
Zatem - rozpłaszczyłam się, zzułam kamasze i pokopytkowałam na salony nie rozglądając się na obraz totanej rozwałki dookoła. W salonie zaś czekały na mnie: średnie pobojowisko, karton świeczek oraz dwie suszarki i trzy kosze z praniem. I kucharz, który drapiąc się z zakłopotaniem po karku poprosił mnie o pomoc w rozwieszeniu jeszcze wilgotnych ciuchów oraz zrobieniu atmosfery romantycznej tymi świeczkami. I popędził ogarniać resztę sytuacji - czyli rzucił się: szybko usuwać dowody własnej indolencji i wad wszelakich, odgrzewać kolację, chłodzić wino, oblekać świeżą pościel, prysznicować się i wdziewać coś bardziej romantycznego niż dres i podkoszulek z widokiem na palmy. A ja pękając w duchu ze śmiechu randkę numer 3 rozpoczęłam od ... rozwieszania na suszarach kolekcji męskich gaci (w różnym stopniu zużycia), skarpetek (jak wyżej), podkoszulków oraz spodni, i słuchałam jak absztyfikant z pianą na pysku w najwyższym popłochu miota się po mieszkaniu w usiłowaniu zrobienia dobrego wrażenia - zupełnie zdając sobie sprawy, że właśnie oglądam rzeczy, które pewnie chciał ukryć.
No dobra - suszarki z zestawem szortów, skarpet i bokserek skryły się w cieniu, świeczki rozświetliły tylko stół i migotały delikatnie w tle, na stole zaś półnagi (bo pomiedzy prysznicem a garderobą) pół-Azjata układał pieczołowicie pierwsze danie.

Nie żebym marudziła, ale mam chamski gust i chamski apetyt drwala. I wyjątkowo drażni mnie ąę kłizin hrhojal podany obiad w stylu restauracyjnym, czyli naparstek dania głównego plus pierdyliard niejadalnych dekoracji (albo ogólnie jadalnych, ale nie przeznaczonych do konsumpcji pod karą spazmów zdegustowania całej restauracji) podane na półmichu na którym zmieściłby się dzik z jabłkiem w pysku. A tak właśnie ugościł mnie kucharz. fakt, ten naparstek pyszny był, wyglądało to ładnie - ale nie po to przecież pościłam cały dzionek, żeby oszukiwać żółądek jakimś minifilecikiem i udawać że to cały obiad!

Całe szczęście, było jeszcze danie drugie i trzecie, i na koniec - deser. Albo jakaś "pokąska" - czyli owoce morza, ostrygi i małże, a konkretnie coś o romantycznej nazwie "przegrzebek". Afrodyzjak taki, znaczy. Walory smakowe i wizualne - w żaden sposób nie uzasadniają jego ceny, osobiście rozumiem działanie "prołóżkowe" tego specjału w taki sposób, że "zrobię wszytsko co zechcesz, cnotę ci swoją na rożnie upiekę, tylko nie każ mi jeść tego ohydztwa!".
Ale zrozumiałam aluzję - chce ze mnie mój romantyczny zrobić tygrrrrrrrrysicę. I to bardzo chce - bo owych przegrzebków, czyli mało apetycznych kulek bladego czegoś w muszli wielkości dłoni - było 10. I wszytskie dla mnie... Jakby to było Rafaello, to bym chapneła (hapnęła?) na raz, gdyby to była babeczka z kremem - to bym się oblizała i wciągnęła, ale że było to coś wyglądające jak taka zielonkawa maź którą czasem każdy z nas odksztusza lub wydmuchuje z nosa, to głośno zadysponowałam:
- O nie mój drogi. Na trzeźwo tego nie ruszę. Wybij sobie z głowy.
Zatem kucharz wydobył z kuchennych czeluści flachę czegoś, co nazwał "specjalnym piwem do owoców morza, z nutą pomarańczy i cytrusów harmonijnie dopełniających słodycz białego mięska z małży i krewetek, z orzeźwiającym aromatem zwłaszcza pomarańczy górującym nad pierwszą goryczką". No tak, zapomniałam wspomnieć - mój kucharz imieniem Haakon nie był zwykłym popychadłem od smażenia hamburgerów w jakiejś zaplutej kebabowni, a "dyplomowanym szefem kuchni w lokalu z N gwiazdkami", który w ramach pracy przygotowuje wysublimowaną wyżerę na oczach klientów knajpy i przy okazji żonglując patelnią i nożami jeszcze im wykłada odpowiednią propagandę odnośnie tego co jest serwowane... Co zresztą praktykował i na mnie, z całkiem niezłym skutkiem. W swojskim schabowym nigdy bym nie usiłowała tropić jakiejś ukrytej ideolgii typu - nuta trawnika o poranku, rosy i tymianku, ale nie ukrywam, że wykład o tym co spożywam ciekawy był i jakoś zagłuszał sromotne burczenie mego przegłodzonego brzuszka, faszerowanego nikczemnie małymi w stosunku do zapotrzebowania porcjami. 
Gadka gadką, ale owo "piwo" według etykiety liczyło sobie przeszło 12 voltów, a przepijałam cholernego przegrzebka na dwa razy, coby nie wyhopkał na talerzyk i gładko osunął się w głębie trzewi na łożu z aksamitnego posmaku i nuty pomarańczy, czy jakoś tak. Innymi słowy -nie wiem, czy to małże czy alkohol, ale policzki mi się zarumieniły, wzrok stracił ostrość łuku elektrycznego i miło się "rozbambił" w bezradną sarenkę i jakoś cała zmiękłam. Kucharz - też pod wpływem owej nuty pomarańczy wreszcie zaczął przechodzić do rzeczy, coraz śmielej i z mniej trzęsącymi się łapami, aczkolwiek wciąż szeptając mi do ucha sekrety obiadu i deseru.
Jako że salonowa kanapa z dermoszpanki, z widokiem na suszące się gacie jednakowoż nieco ciasnawa była dla nas dwojga, zwłaszcza po napchaniu przegrzebkami, więc mój kuchenny Romeo w praktycznym odruchu przeniósł mnie przez próg sypialni i ułożył na wielkim łóżku, pachnącym jeszcze świeżutko wypraną pościelą, przytulił mnie i podsunął podusię pod kark.
I to był największy jego błąd tej randki - bowiem łóżko miękkie było jak marzenie, kucharz odległy o grubość skóry grzał mi boczek jak mały piecyk, głowa bezpiecznie spoczywała na podusi, kalorie z przegrzebków i piwa nastrojowo szumiały w krwioobiegu... więc ostatnią rzeczą jaką pamiętam było to, że zawinęłam się kołderkę, i wtulona w kucharzowe ramię - usnęłam jak bobasek.


sobota, 2 listopada 2013

Tydzień pod zdechłym Azorkiem część II

Czwartek

Postanawiam ruszyć dostojne cztery litery na plażę. Po przemarznięciu w metrze (rozpieszczają nas klimą w cenie biletu aż do granicy dobrego smaku) i spieczeniu się na chrupiącego kurczaka w zwrotnikowym słońcu, po 30 minutach spaceru docieram upocona i zziajana do Secret Beach na końcu Uniwersytetu Sun Yat Sena… I odbijam się od kraty. I to takiej kraty, jakby za nią skarby jakoweś były, rezerwa federalna złota albo kopalnia diamentów. Wysoka na 3 m, zespawana z prętów grubych jak moja ręka, wierzchem umajona drutem kolczastym i okraszona kłódkami wszelkiego gabaryta oraz autoramentu. Może i bym skoczyła górą, bo w zasięgu jest strategiczny narożnik umożliwiający skok przez płot – ale koło naroznika stoi jak wół autko z napisem „SŁużba Konserwatorska Uniwersytetu”, a w cieniu koło autka nonszalancko rozwalają się panowie z tejże służby, jarając szlugi i kontemplując dzieło zniszczenia. Wracam do domu bluzgając w duchu, a brak lodów mango (dostepnych do końca października według reklamy) wcale mi nie poprawia humoru.
Zasiadam do nauki, bo czuję, że chodzenie po ulicy w tym stanie rozgoryczenia może owocować tragedią. Łączność ze swiatem znów zniknęła, więc naprawdę zasiadam do nauki, a nie symuluję robienie czegoś mądrego, pykając jednocześnie w EngryBerdsyOnline. Po skrupulatnym zapisaniu dwóch arkuszy krzaczkami czuję się znacznie lepiej, spokojna i oczyszczona duchowo, a ponadto przygotowana do zajęć w stopniu komfortowym. 
Ruszam zatem zrobić pranie – i wraz z bluzą piorę USB Młodocianego, które on z tajniaka upchał mi w kieszeni. Na tym USB znajdują się owoce trzech lat pracy jako nauczyciel, wszelkie konspekty, pomoce, materiały dodatkowe, testy ćwiczenia. No dobra, zawartość udaje się ocalić za pomocą suszarki do włosów pożyczonej od Yoyo. Dopieszczony nadmuchem kawałek plastiku z obwodami łaskawie raduje serca nasze tym, że działa.
Siedząc na schodach i łapiąc internet (zew złych ptaków z Finlandii wygrał z poczuciem obowiązku i pozostałymi zagadnienia do nauki – bowiem w azjatyckiej szkole przygotowujesz się do lekcji nie tylko wstecz, ale i w przód) czuję rytmiczne kołysanie podłogi. Spanikowana sąsiadka wypada z mieszkania i zasadza mi drzwiami w głowę, a z buta po żebrach. Co dziwne i zaskakujące, nie kaja się przepraszająco, tylko ucieka po klatce schodowej... I dopiero wtedy załapuję, że to właśnie sobie w najlepsze używa trzęsienie ziemi. Wstrząsy trwały minutę, w Kaohsiung miały siłę jakiś 4 stopnie w skali Richtera (niewielkie wstrząsy, wyczuwalne przez wiekszość ludzi, nieszkodliwe), ale już w Tajpej zatrzęsło się solidniej - 6.0 do 6.6 w skali Richtera – czyli średnie wstrząsy, pomniejsze zniszczenia. No tak, zachód słońca był na czerwono, można się było tego spodziewać.
Piatek
Zakatarzona od przedawkowania klimatyzacji w metrze czytam z trudem dialog o zdrowiu (ale daję radę, Nauczycielka Luo poprawia mi tony tylko 8 razy, co jest sukcesem, bo Nauczycielka Zheng potrafiła mnie porawić 8 razy w ciągu jednego zdania), z uwagi na mój zatkany nos wypadam nad wyraz przekonująco. Trud w czytaniu wynikał z tego, że podczas wczorajszej nauki odpusciłam sobie krzaczki o zdrowiu, kując krzaczki do lekcji „Konstrukcja listu formalnego”, który mieliśmy dziś przerabiać. Ale, że przygotowałam się za dobrze, to uwinęłyśmy się z tym koksem w trymiga, i przeszliśmy do grypki, chrypki i problemów Tajwańczyków z brakiem płatnego zwolnienia lekarskiego. W której to dziedzinie jeżeli chodzi o znajomość krzaczków przypominałam przebiśnieg, albo inny szczypiorek zieloniutki. I patrzyłam na nie jak cielę w  malowane wrota, nie kumajuąc co to za wywijasy mi w książce nabaźgrano. Całe szczęście, Japonka Kaede podsuneła mi swoją książkę, z wyrażnie wykaligrafowanym pinyinem (czyli romanizacją) newralgicznych nowości. Tam, gdzie zamiast pinyinu była japońska katakana miałam lekką zagwostkę, ale się udało rozszyfrować – jeszcze pamiętałam z lekcji japońskiego co jest czym. Uf.
W ramach przerywnika i kontrolowanego offtopa zbaczającego od grząskiego gruntu „wymień pięć objawów grypy po chińsku” pytam Nauczycielkę Luo o ów poniedziałkowy przypadek od dengi. I wcale nie szczęśliwsza dowiaduję się, że owszem to denga i to dość ciężka. Gdy na język cisną mi się nieparlamentarne wyrazy pod adresem wrednej Wendzarni trzymającej nas w nieświadomości, do klasy chyłkiem wpełza Sabine – sekretarka z biura, i wręcza Nauczycielkce Luo karteczkę. Która okazuyję się być informacją ostrzegawczą, tudzież podnoszącym na duchu zapewnieniem o zastosowaniu oprysków antykomarzych w okolicy CCL (czyli budynku do nauki chińskiego dla obcokrajowców). Reszty Wendzarniowego kampusu nikt nawet nie mysli opsikać, bo za duży i za drogo by wyszło.
Jednak tawiadomośc okazała się małą betką w porównaniu do niusa, który zelektryzował południe i północ wyspy jednocześnie, pogrążając społeczęsntwo w nieomal histerii i żałobie narodowej. Otóż w wyniku trzęsienia ziemi zdechła Żółta Gumowa Kaczuszka, pływająca w Taoyuan. Mieszkańcy Kaohsiung wraz z burmistrz Pulchną solidarnie zaofiarowali pomoc – czyli wygrzebanie z magazynów spoczywającej tam w pokoju Żółtej Gumowej Kaczuszki nr1 i wysłanie jej na północ.
Szczegóły w niedzielę, bo na dziś mam dość hiobowych wieści i postanawiam zająć się wyłącznie grą w „Sally’s Spa” lub Settlersy, oraz lekturą kilku apetycznie zapowiadających się kryminałów skandynawskich. 
I prawie się mi udało ten plan zrealizować i nie zaszkodzić sobie, ale…
Zwieńczeniem dnia stała się awantura ze śmieciarką. Idę o 21 wywalić smieci – posegregowane na worek z recyklingiem i worek bez recyklingu, z bombą biologiczną. Worek z recyklingiem zazwyczaj oddaję Babci od Śmieci, która zbiera plastik-papier-metal-szkło i oddaje do skupu, dorabiając do emeryturki. Ale Babci nie było w jej kanciapce, zamkniętej na cztery spusty. Nie było jej też przy przystanku dla smieciarki, gdzie zazwyczaj dyżurowała i szperała w cudzych workach w porze pojawiania się śmieciarki z melodyjką. No to wyrzuciłam oba wory, siuup na wysypisko precz z oczu moich…
Szybkim niczym atakujący grzechotnik ruchem pańcia z obsługi śmieciowozu złapała jedną ręką mój nadgarstek, drugą ładnie zawiązaną paczuszkę z butelkami, kartonami, puszkami – i podstawia mi ją pod nos, a nawet o zgrozo rzuca na asfalt! Coś przy tym w dodatku do mnie mówiąc soczyście i potoczyście, a na pewno napastliwie, głośno i niewyrażnie – z uwagi na maseczkę ochronną. Coś jakby, że to recykling (jak bym nie wiedziała…) i mam to zabrać do domu i poczekać na śmieciarkę od recyklingu, w sobotę o 17…
Popatrzyłam na nią tylko, przeprostowałam się na całe posiadane 170 cm, stwierdziłam, że chyba sobie żartuje, śmieci to śmieci – i poszłam w pierony. A snuł się za mną szmerek oburzenia społecznego plus dyszkancik pani smieciarkowej… Jak się okazało słusznie – bo faktycznie tajwańska kultura recyklingu pozwala obsłudze smieciarki na odmowę przyjęcia worka z odpadami mogącymi zostać przetworzone, o ile zauważy taką niegodną praktykę. Młodociany zdegustowany mą lekceważącą postawą wobec latania na smieciarkę dwa razy dziennie zsolidaryzował się ze zniesmaczonym ogółem i solidnie mnie obsobaczył za nieszanowanie tutejszych tradycji.
A mi przez mysl przeszło, że teraz przez najbliższy miesiąc będę musiała odpady upłynniać do pobliskiego aromatycznego ścieku – o przepraszam, romantycznego kanału dopływowego Rzeki Miłości, bo jak się pojawię w okolicy przystanku smieciarki, to mnie chyba zlinczują lokalsi, i wrzucą do tej śmieciarki na służbę społeczną, cobym się nauczyła…

środa, 20 marca 2013

Pranie na Tajwanie



Tak, wiem, oddzielić białe od czarnego, pod żadnym pozorem nie wirować wełnianych swetrów oraz psa z kotem (gdyby się zaplątały przypadkiem), wsypać proszeczek, wlać płyn, zamknąć drzwiczki, ustawić program – i jedziemy z koksem. Cóż może być bardziej łopatologicznego od obsługi pralki? No dobra. W Polsce też miałam wpadki, a to wyprałam wypłatę, a to komórkę schowana w kieszeni kurtki, chusteczki higieniczne schowane w kieszeni mi urozmaiciły czarne pranie, a to z łazienki zrobił mi się basen…

Na Tajwanie pranie robić należy. Garderobę mam nieco ograniczoną, w dodatku w jasnych kolorach z uwagi na upał. Pocę się jak świniak, na ulicy kurz – ergo, pranie czeka. Ręcznie prac nie będę, więc należało zaprzyjaźnić się z pralką. I tu zaczęły się schody. Po pierwsze – pralka posiada milion przycisków, niektóre z obrazkami, ale – wszystkie- co za niespodzianka – po chińsku. Nawet ten ON/OFF nie był widoczny.

Po rozpaczliwym mailu do kolegi w Polsce (słuchaj Me, sprawa jest głupia, ale czy pamiętasz może jak się te tajwajskie pralki obsługuje? No niestety nie, bo po prostu wciskałem pierwszy guzik i się samo prało) nie byłam ani trochę mądrzejsza. Metodą prób i błędów udało się pralkę uruchomić, obłaskawić system wrzucania monety rozpoczynający cały proces powolnego chlupania i dynamicznego łubudubu.
Po tym niemałym sukcesie – niestety, przyszło niemiłe odkrycie numer 1. Wyprane ciuchy trzeba rozwiesić – a znalezienie wolnego miejsca w suszarni na dachu bloku zamieszkanego przez minimum 300 studentów i studentek nie należy do łatwych… 
Niemiłe odkrycie nr 2. Rozwieszone ciuchy lubią migrować, z racji powiewów ożywczego wiaterku lub zbrodniczej działalności małych chińskich rączek, desperacko walczących o dogodne miejsce do suszenia chińskich majtek i koszulek, a co za tym idzie, przewieszające cudze wieszaki… No dobra, święta nie byłam, też przewieszałam… Ale szukanie własnych ciuchów na 100m2 wiaty na-dachowej może być nieco irytujące. 
Niemiły problem numer 3. Wyprane ciuchy wcale nie były czyściejsze! A co gorsza – szybko spod ożywczej woni detergentów zaczynał przebijać – nie bójmy się nazwać rzeczy po imieniu – swąd starej ścierki.
Problem numer 1 i 2 rozwiązałyśmy szybko i  bezczelnie. Suszarniana wiata podzielona była na część damską i męską. Nad męskimi pralkami – po lewej, z wieczkiem w kolorze morskim (udającym niebieski) wisiała tabliczka (po chińsku, rzecz jasna) – „To są pralki dla chłopców, dziewczynkom wstęp wzbron. „. Analogiczna adnotacja dyndała nad oznakowanymi fioletem machinami po prawej stronie pralni, gdzie urządzonka czysto-robiące mogły być używane tylko i wyłącznie przez osoby nie posiadające siusiaka, samce precz!. Co rzecz jasna zignorowałyśmy, pomimo jasno wyłożonej racji  stanu, tym razem także po angielsku. Jak potem sprawdziłyśmy, nie byłyśmy jedynymi  hermafrodytami wrzucającymi brudne pranie do pierwszej wolnej pralki… 
Suszarnie równiej były rozdzielnopłciowe. Na prawo figi i biustonosze, bokserki na lewo. Po stronie babskiej rzecz jasna panował ścisk niemożebny, u chłopców zaś można było mazura tańczyć pomiędzy nielicznie zwisającymi smętnie gaciami. Co, rzecz równie  jasna, skwapliwie „przeoczyłyśmy”, siejąc zgorszenie wśród nieśmiałych Azjatów przypinających do łańcuchów (tak, zamiast sznurków były łańcuchy!) swe niebyt seksowne majty i jeszcze mniej urocze skarpety tudzież inne elementy ubioru. Aby moralny ferment i fetor nie był absolutny, odpuściłyśmy tylko wystawianie bielizny na ogląd publiczny w zaciszu dachu, desusy wisiały na klamce od okna, budząc niemałą sensację wśród sąsiadów :D Ale – schły w trymiga.
Ciało kolegialne, złożone z milczącej Magdaleny oderwanej od problemów dnia codziennego i nieco twardziej po ziemi stąpającej Katarzyny zidentyfikowało też źródło trzeciego problemu, po dłuższym namyśle i rozlicznych badaniach. Te cholerne ładowane od góry pralki piorą w zimnej wodzie!!! Nie w 40C, ale – w normalnej, letnio-chłodnej kranówie, mającej trochę/sporo poniżej 30C. Cóż robić? Tajwańczycy pralek z regulacją temperatury nie znają. Na hasło „wygotować pościel i ręczniki dla wybielenia i zdezynfekowania” robili wielkie oczyska – jak to, zupa na szmatach i mydełku? No cóż. My prałyśmy ręcznie, we wrzątku z maszyny z wodą pitną (wiocha po zbóju), potem do pralki, a potem do suszarki (która notabene w ciągu godziny nie potrafiła wysuszyć wsadzonych do środka ubrań, tylko je odrobinę podgrzewała… inkasując 1 NTD za minutę owej fuszery).
Teraz mam podobny problem. Niestety, wody pitnej podkradać na zmarnowanie już nie bardzo mogę, z kranu leci taka -40-50C, a ciuchy nie dość, że tracą swą śnieżną białość, to jeszcze zaczynają wydzielać specyficzną woń – powiedzmy, że feromonów. Żeby nie zastosować bardziej dosadnego określenia. O koszulce z siłowni nie wspomnę przez grzeczność, ale karaluchy mogę już płoszyć, pomimo rozmaitych certyfikatów ”jony srebra” „bakteriobójcze”, „oddychające” i te pe. Poproszę o jakieś domowe sposoby, bo rozważam pranie w płynie do toalety :D z dodatkiem płynu na D*, co zabija wszelkie zarazki… i wybiela, bo chloru ma od groma. Gorzej, że oprócz efektu białego jak mleko, może dawać też rezultat pocienienia tkaniny, z koszulki codziennej robiąc taką … buduarowo- ażurową, wspomagającą działanie viagry…
Dyskretny wywiad wśród lokalsów dał zaskakujące rezultaty… Pralki z termostatem istnieją – w zagranicznych produkcjach filmowych, w cholernie drogich apartamentach dla obcokrajowców, a takie ładowane od przodu, z funkcją suszenia można podziwiać w Cialefu/ Carrefurze. A na co dzień Tajwańczycy albo sypią jakieś magiczne mikstury z serii bakterio-grzybo-smrodo- zabójczych (niestety, w trzech lokalnych sklepach z wszystkim nie wypatrzyłam takowej, nie wiem gdzie studenckie mamy się w to zaopatrują, bo niektóre koleżanki wspominały o istnieniu takiego cudownego specyfiku, ale one nie robią prac domowych, wiec nie wiedza co to dokładnie), albo wieszają w szafach saszetki zapachowe w ilościach hurtowych, ewentualnie po prostu leją na to z góry do dołu strumieniem modulowanym. I dlatego tajwańskie niemowlaki wiecznie podśmierdują przesikanym pampersem, ulanym mlekiem i bóg wie czym jeszcze, bo śpiochy też pierze się – w zimnej wodzie.
A teraz apel do ogółu – poproszę porady na zniwelowanie babcino- domowym sposobem – żółknięcia, szarzenia i zapachu skwaszonej ścierki…
A na koniec – moja ulubiona reklama… 

Niestety, na Tajwanie, z racji małej ilości modeli z drzwiczkami z przodu – ciężka do obejrzenia w wersji „live"... 

poniedziałek, 18 marca 2013

Mieszkanie na Tajwanie


Jak mieszka Gongzhu Majia?

Prawie tak jak większość tajwańskich studentów, w Wendzarniowym akademiku. Mój pokój jest na drugim piętrze, tak trochę z boku:
Oto pałacyk godny księżniczkowych stóp, pośladków i innych części ciała. A serio – to najdroższy hotel w Kaohsiung :D , taki co pod niego wycieczki podjeżdżają zdjęcia porobić. Ja mieszkam nieco mniej tradycyjnie, zamiast lwów i fontanny mam na parterze sklepik z kluczami i pieczątkami, w którym mój właściciel wraz z żoną urzędują od 9 do 22.30, głównie ciupiąc w gry sieciowe typu World of Warcraft, Ligue of Legends i inne takie, w których lata się na dwunożnych smokach po bezkresnych krajobrazach i od czasu do czasu należy komuś przyłożyć laską (magiczną, rzecz jasna). On od czasu do czasu łota jeszcze CounterStrika, ale idzie mu to niesporo.
Mieszkam jakieś 20 m od tylnej bramy Wendzarni, co nie przeszkadza mi absolutnie w docieraniu na zajęcia tuż po dzwonku. Gdy raz jedyny przyszłam nieco wcześniej, nauczycielka Chen mało nie opluła się kawą na mój widok.
Mój domek na Dingdżonng lu (którą wiecznie przekręcam na Ding-dong lu) to – pokryta od podłogi po dach płytkami ceramicznymi typu flizy, pięcio lub sześciopiętrowa kamienica, zależy jak liczyć, Tajwańczycy bowiem z amerykańska sklasyfikowali parter jako 1 piętro, a piwnice to B1, B2 etc. Więc – parter to sklepik z kluczami, kłódkami i pieczątkami, w kazamatach pod podłogą mieszacza się dzienne kwatery rodziny pana Li (czyli mojego właściciela) – wiecznie ktoś tam złazi albo wyłazi. Ponadto na parterze znajduje się kuchnia, z której roznoszą się wonie, powodujące u mnie skręcik kiszeczek, czasem swoim zachęcającym aromatem a czasem wręcz przeciwnie.
Do kuchni mam ustawowy zakaz zbliżania się – podejrzewam, że gdybym wyraziła chęć skorzystania z opisanych po chińsku urządzeń o słabo widocznym przeznaczeniu, mój właściciel wyraziłby zgodę, ale – wszyscy chyba wiedzą, jak u mnie stoją sprawy kuchenne. Spotkanie mnie w okolicy garnków, w pozie sugerującej produkcję żywności – to zaskoczenie tygodnia z możliwością nominacji do niespodzianki roku…
Na pięterku 2, czyli naszym pierwszym – mieszka właściciel, przy czym mieszkanie ma dość przemyślnie rozmieszczone – czyli jeden pokój po prawej stronie klatki schodowej, a drugi i trzeci po lewej, innymi słowy – a potrzeby swojej familiady (on, żona, czwórka dzieci w tym jedno niepełnosprawne plus indonezyjska pomoc domowa) zaadaptował 3 oddzielne pokojo-mieszkanka.
Na trzecim mieszka mocno opalony pan, który wiecznie mówi mi „hellou” w pralni (piętro piąte), oraz inni sąsiedzi o nieustalonej liczbie i płci- po prostu jak dotąd, chyba nie zdarzyło mi się ich spotkać. Na czwartym rezyduję ja – od ulicy, więc z plusów- oszczędzam na lampie bo mi neon świeci po zapadnięciu zmroku do zamknięcia zakładu na parterze. Z minusów – to ulica wycisza się niestety około 1-2, a do tego czasu spanie zakłóca mi sporo Tajwańczyków korzystających z licznych kramików żywnościowym, spotykających się z przyjaciółmi, słuchających muzyki i wtajemniczających w szczegóły swojego żywota dwie ćwiartki Ding-dong lu. Po sąsiedzku mieszka wystraszony młokosik z Wendzarni (fioletowa polóweczka plus inne elementy mundurka raczej dobitnie  wskazują na Senior High). Co ciekawe, mieszka on w takiej dziupli, gdzie okienko ma rozmiar zeszytu A4 i wychodzi na korytarz, więc dopływ światła dziennego chłopak ma taki raczej odpowiedni dla wampira niż człowieka – ale pewnie pokoik tańszy… Naprzeciwko mnie zamieszkuje Majkel, który studiuje na Wenzao, gra na saksofonie w lokalnej orkiestrze dętej i robi zajebiste zdjęcia, a ponadto niejednokrotnie ratował me kosteczki przed spaniem na trotuarze.
Dlaczego na trotuarze? Otóż, z uwagi na mieszczący się na parterze zakład rzemieślniczy posiadający rozliczne środki ulokowane w towarze – o 22.30 pan właściciel opuszcza wielką roletę i zamyka ją na klucz. O przygodach z roletą pisałam, dalej nie do końca opanowałam jej obsługę, ale się pocieszam, iż chińskie rączki też nie operują nią bezszmerowo – jak mi się początkowo zdawało. Roleta zamknięta jest na KLUCZ, Który to klucz notorycznie zatrzaskuję w swoim pokoju, gubię, zostawiam w szkole… Dorabiane miałam już chyba z 5 kompletów, w końcu Właściciel się poddał, a ja ostatni egzemplarz zapięłam na krowi łańcuch, doczepiany do metalowej bransolety, którą zostawiam w sklepiku na dole. Zanim opracowałam ten patent, Majkel siedzący na fejsbuku po nocach złaził na dół, odmykał roletę, wpuszczał mnie i przymykał oko na to, że za pomocą śrubokręta włamuję się do własnego pokoju. Śrubokręt pieczołowicie skitrałam w skrzynce z bezpiecznikami, w przypływie natchnienia.
Piętro wyżej jest pralnia z suszarnią, pralnia właściciela z balkonem, na którym świeci on czerwoną lampę – jak się okazało, nijak mającą się do zachodnich „czerwonych latarni” – to oznaka dla Buddy, że w tym domu się go wyznaje/szanuje. Ach, no i mieszka na piątym piętrze jakaś lasencja, obyczajów lekko-półśrednich lub nawet piórkowych, sądząc po nocnych odgłosach, rozmaitych męskich głosach zakłócających ciszę nocną w towarzystwie lekko wstawionego słit dyszkanciku miłej pani, licznych kłótniach z regularnie tu bywającym chłopakiem, wśród których pojawia się nieodmiennie słowo klucz – xiaosan czyli zdrada, trójkąt. Pierwszą taką kłótnią podnieśli mi nieco poziom adrenalinki, były bowiem szlochy, smarkliwe wyznania, trzaskanie drzwiami, wrzaski – telenowela w wersji live. Poszłam na górę, zapytać WTF?, oczekując co najmniej regularnej awantury domowej z poroztłukiwanymi meblami i obitymi facjatami, ale na mój widok z lekka się parka ogarnęła i zapewnili unisomo, że oukej, oukej i sioli sioli. No cóż, W Polsce pewnie mąż/chłopak z rogami to by dziewczynę po pysku wystrzelał i odwrócił na pięcie, tu zaś regularnie raz w tygodniu powyższe szlochy, smarki i wyrzuty odbywają się – po moim wejściu smoka – półszeptem.
Wyżej jest jeszcze jakieś pomieszczenie, coś w rodzaju taraso-baraka z blachy falistej, ale drzwi tam zamknięto na tak solidny skobel, że pomna smutnego zakończenia bajki o Sinobrodym, nawet się tam nie zapuszczam.
Teraz chwila o dizajnie, który jest zaiste powalający. Pokoik mój nosi szumną nazwę „studio”, ma powierzchnię ok 15 m2 i zawiera w swym składzie łazienkę 3 w 1.
Na umeblowanie składa się -szafa, mała szafka, łoże podwójne z materacem oraz biurko. Ponadto z dóbr luksusowych posiadam jeszcze lodówkę, klimatyzator i telewizor. W lodówce trzymam kosmetyki i lekarstwa (bo stołuję się w 30 dostępnych dookoła knajpach i 80 kolejnych punktach gastronomicznych dostępnych w zasięgu 5 minut spacerem), a z pozostałych nie korzystam, od lat uważając je za narzędzia szatana i kontroli ludzkości przez pozaziemskie cywilizacje.
Poprzednio w nieco mniejszym pokoiku zmieściły się dwa stoły (tutaj uważane za łóżka – Azjaci opanowali niesamowitą sztukę spania w bezruchu na wznak, i im gołe dechy z lichą karimatą nie szkodzą. W zeszłym roku na całą Daję czyli Interniational Akademik – materac był jeden, skitrany w zaułasach piwnicy, i wygrzebany po tym jak opiekunka gościa zza wielkiej wody, sympatycznej Amerykanki Abby zrobiła w recepcji już nie awanturę, a rozpierduchę z gradobiciem), dwa biurka i dwie szafy :D - bo każda kanciapa większa niż 2×3 to potencjalny pokój dwuosobowy…
Teraz o wystroju wnętrza i dizajnie stylizacyjnym– tu takowy raczej nie istnieje. A nawet jeżeli istnieje – to nie jest zbyt praktywkowany. Ładne mieszkanie ma ciocia Młodocianego, ale ona połowę życia spędza w Japonii w luksusach i się tam napatrzyła na pozytywne wzorce aranżacji przestrzeni. Inne ładne mieszkania – to tylko dla baaardzo bogatych, co im nie szkoda kasy. Pozostali nie widzą nic złego w nieco podrapanych ścianach w kolorze białym lub beżu i identycznych paskudnych zasłonkach z bistoru (dostępne kolory – zielony, żółty lub fiolecik z obowiązkową nutą szarości, bo prane nie wiadomo kiedy), czasem mocno gryzącymi się ze standardowo kładzionymi tu na podłogi marmurami. U mnie na podłodze straszy coś, co żywcem wygląda jak wzornik grobowcowy (czyli mamrmurek- lastriko w szaroczarne ciapki, czerwono bialo szare ciapki,szaro-brązowe smugi i bordowo-czarne maziaki). A meble – zazwyczaj są w jednej tonacji kolorystycznej, choć nie zawsze… A co by się miało zmarnić?
No więc mam – zielone zasłonki, szaro-zielone biurko z blachy pancernej przykryte ceratą (jest pleśnio-odporne, w Dayi czyli poprzednim akademiku czekoladową pilśnię regularnie dekorowały mi bowiem szaro-futrzane kropki penicylinki, stan absolutnie na Tajwanie nie budzący zgrozy). Mam łoże z fioletowym materacem i pasującą do łożnicy szafę z czegoś udającego olchę. Szafa jest ulubionym bunkrem dla ultra-cwanych komarów a raz na czas i jakiś karaluch wyleci spomiędzy koszul i pogrozi pięścią, sorry czułkami długości 5 -7 cm… Ponadto mam orzechową półeczkę – dołem na buty, środkiem na książki a górą na talerze :D . I tyle.
Jeżeli kiedykolwiek przychodzi mi do głowy pomarudzić w kwestii spartańskości warunków dla mej żyjącej dotąd w niezmierzonych luksusach dupki (na hasło, że sama jedna zajmowałam mieszkanie trzypokojowe lokalsi tu robią wielkie oczy i niemal się dławią z wrażenia), to szybko znajduję kartkę z opisem pokoju mojego kolegi z klasy, który mieszka w regularnym akademiku wendzarniowskim… Tym zamykanym o 22 na klucz, z prądem wyłączanym centralnie o 1.00, w którym każdy student ( z czterech przydzielonych do pokoju) ma do dyspozycji jedynie meblościankę. Górą jest łóżko z wbudowanym budzikiem i pościelą obowiązkowo dzierżawioną od uczelni, dołem zaś – biurko, 2 szuflady książkowe, 2 szuflady bieliźniane i 3 półki oraz pół drążka w szafie na osobę… Aha, i codzienna kontrola o 6.00 w kwestii zamiecenia podłogi, obecności w pokoju (za nieautoryzowaną noc poza obiektem można wylecieć z programu taniego mieszkania przy uczelni, na darmowe miejsce w akademiku czeka bowiem masa oszczędnych Tajwańczyków).

PS. Łazienka 3 w 1- już widać, jak można robiąc siku spłukać głowę i jeszcze zęby wyszczotkować? A w promocji umyć podłogę i ściany?

P.S.2 Podłoga w obecnym lokum :D Żeby nie było, że mi się ryż na umysł rzuca i widzę rzeczy, których nie ma…
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...