Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pier2. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pier2. Pokaż wszystkie posty

środa, 10 grudnia 2014

Cosplayowo :D - czyli Azjaci w przebraniach

Kiedyś Modliszka przy okazji popisów moich japońskich kolegów z okazji Szkolnych Urodzin zapytała czy cosplay jest na Tajwanie tak popularny jak w Japonii. Zgodnie ze stanem wiedzy na tamten moment odpowiedziałam - że już nie. 
Owszem, kiedyś był wiodącym tak hobby gimnazjalistów, licealistów i studentów, że w parkach co rusz można było spotkać przebierańców, Czarodziejki z Księżyca w wersji skośnookiej itp, ale - że fala nadmiernego zainteresowania ma już swoje apogeum za sobą. I ciężko spotkać masowe ilości przebierańców na ulicach czy w parkach, bo kosplejowanie odbywa się najczęściej w domowym zaciszu. A cospleyowe ciuszki można kupić za "Śmiesznie niskie pieniądze" - przynajmniej  tak mówili Japończycy. A że dla Japończyka poza Japonią niemal wszystko będzie śmiesznie tanie to inna para kaloszków. Ale wróćmy do tematu.

Cosplay pokrył się kurzem i zniknął w pomroce spowijającej zeszłoroczne trendy...

Po czym przypadkiem przejeżdżając obok Pier2, w drodze na gargantuiczną michę lodów owocowych - ujrzałam dziki tłum kreskówkowiczów. Towarzyszył mu rzecz jasna jeszcze dzikszy i liczniejszy tłum niepoprzebieranej publiki - ale sumarycznie, kłębiło się tam sporo luda, z rzucającymi się w oczy jaskrawymi perukami i odjechanymi ciuszkami. Przetarłam oczęta, uszczypałam się w pulchniutki przegub i dokonałam rachunku sumienia w kwestii spożycia ostatnich posiłków - bo może to z głodu mam wizje i omamy? E nie. Oni są prawdziwi. Superaśnie.
Nie, nie jestem aż taką fanką diety ścisłej i "degenerujących młody umysł kreskówek o zwyrodnialcach i seksualnie niepokojących dziewczynkach z wielkimi oczami" (yyyy ??? - tak określił to z ambony mój ksiądz od nauki religii w liceum) żey sobie odpuścić być może ostatnie w tym roku lody mango.
Zatem wszamałam swoją michę, oblizałam się i zwróciłam z typowo przyziemnych spraw gastrycznych ku duchowości i odchamianiu się w artystyczno-kulturalnej okolicy Pier2. No i dotarłam. Część atrakcji była słono płatna, ale klu - czyli przebierańcy pelentali się za free i cosplejowali.
Czym jest cosplejowanie? Ano, sprowadza się do zrobienia sobie stroju wzorowanego na jakiejkolwiek kreskówce i gwałcącego wszelkie prawa grawitacji, a następnie zadzianie tegoż stroju - i zastygnięcie w pieczołowicie przygotowanej pozie, która pozwoli - po sfotografowaniu pod odpowiednim kątem - wyglądać jak bohater losowo wybranego anime na plakacie reklamującym serię.

Zatem, zapraszam :D Ponieważ na współczenym anime znam się jak kura na pieprzu i kangur na astronomii, to zapraszam do dyskusji i objaśniania - bo moje mogą być cokolwiek niekompletne.
 Na pierwszy ogień - One Piece, czyli jedna z tych serii, które kojarzę wizualniie, bo renifer w kapeluszu i inne postaci pojawiały się regularnie na wszytskich mozliwych powierzchniach, rywalizując z Hello Kitty. Kim są te Indiany Jonesy w gumowcach, i co to za szpej dzierżą (bo wygląda to na rury od odkurzaczy tudzież tuningowane klawiatury od atarynek) - nie mam pojęcia.
 Coś  i coś ładnego w błękitach. Nie wiem co, ale makijaż im nie spływał.
 Szybki pomysł na kostium "recyklingowo - ekologiczno- androidowy".  Albo instalacja z kartonów po pizzy i meblach z Ikei.
 Jak widać - rozrzut tematyczny dość spory. Część z kreskówek ewidentnie nie dla dzieci.
 Akcenty militarne też się pojawiły. Zarówno w wersji amerykańskiej, jak i elfio-tradycyjnej. Mój kolega ujrzał tam jakieś polityczne odwołanie do rosyjskich "zielonych ludzików" - ale on teorie spiskowe potrafi wysnuć nawet z waty cukrowej albo dżwięku szeleszczenia płatkami śniadaniowymi...
 Chyba najładniejsza para całego szoł. Ta sukienka mnie urzekła (ale ja lubię róż, i róże i falbanki ), ale detale kostiumu męskiego powaliły mnie na kolana precyzją wykonania.
 Pomniejsze stroiki i przebrania - przyłapane na obijaniu się zamiast cosplejowania z całych sił.
 Tu stroje z największą inwencją i golziną. Z daleka ci walczący panowie ( a zwłaszcza jeden) wyglądali baaaardzo nago. Z bliska - okazało się, że ma galoty oraz rajstopki. Za to stworzenie w fuksja różu było niemal golutkie, niestety.
 Typowa cosplay-poza w wykonaniu grupowym. Zastygnęli tak na dobre 10 minut - mi osobiście pewnie by szybko nóżki i rączki zdrętwiały, a tu proszę - taki kawał mieczy i innego zaczepno-obronnego szpeja trzymano... Tak, wiem uzbrojenie i opancerzenie bło głównie z papieru, plastiku i styropianu - ale i tak to nie w kij dmuchał, takie zabawki...
Oczywiście, cosplejowano nie tylko japońskie ortodoksyjne produkcje - bo sporo było fuzji "East meets West", tak jak w wypadku tych dzieciaków, chyba rodzeństwa.
Dużą popularnością cieszyły się rzecz jasna postacie wojowników jasnej i ciemnej strony mocy, których kostiumy były jednymi z najbardziej pieczołowicie wykonanych. Zatem wojownicy prężyli muskułki i ociekali potem - a ciastkowaty człowiek Anpanman korzystał z ich zastygnięcia i podrywał laski :D. Anpanmana akurat znam, bo postrach jednej z moich grup ćwiczeniowych, nadambitna Japonka Sadako  Saori pochodzi z miasta w którym jedyną atrakcją jest Muzeum Anpanmana - i opowiadała nam o nim 45 minut. 
Liczną reperezentację posiadali też magiczni wojownicy i wojowniczki wszelkiego koloru i kalibru. Także pogromcy demonów, których nadjechał cały autobus...
Oczywiście, największe wzięcie miały skąpo ubrane i szczodrze porozbierane - dziewczyny. Nawet te "grube" jak na azjatycko-tajwańskie wymogi. Tak właściwie, to chyba wszytskie dziewczyny prezentujące kostiumy należały do kategorii "tajwańskie wesołe grubaski i kujonki z pasją". Co nie zmienia faktu, że prezentowały się całkiem sympatycznie, a powodując mniej lub bardziej dyskretne ślinotoki u panów.
Przeżyjmy to jeszcze raz - ekipa z największymi dzidami/ nozami/ rohatynami / deską do prasowania udającą miecz.
Jak widać - grypa i konieczność zadziania maseczki nie przeszkadza w cosplejowaniu... Jak dla mnie to normalny widok, ale zastanawia mnie czy w jakimkolwiek anime (poza serią lekarską -pielęgniarską) jakokolwiek bohater pokazał się kwiedykolwiek w ordynarnej masce chirurgiczno-przeciwpyłowej, kryjącej zasmarkane oblicze?
A na koniec zwycięzca bezkonkurencyjny. Miał fajny strój, pozował niezmordowanie jak na prawdziwego otaku przystało, świetnie ogarnął perspektywę i niuanse utrzymania pionu ze skrzydłami o sporej powierzchni i ciężarze, którzymi zresztą nawet trochę pomachiwał... Byłam pod wielkim wrażeniem.
 Wy pewnie nie do końca? Bo czemu tu na kolana padać, strój jak każdy inny, może tylko przez te skrzydła zajmujący więcej przestrzeni...?
No tak, ja od początku widziałam, że ten oto Skrzydlaty Wojownik  to liczy sobie maksymalnie 8 lat, ima  mniej niż 120cm wzrostu, nawet pomimo klocków podwyższających w butach...

Ogólnie - bardzo pozytywny dzień. Choć sama nie jestem wielką fanką mangi, anime, cosplayów itp - to jednak bardzo fajnie mi się spacerowało pośród pasjonatów. I choć tak do końca nie wiedziałam kogo odgrywają - to bawiłam się świetnie.
Dotąd widywałam jedynie Polaków (ewentualnie - Europejczyków) biorących udział w konkursach uświetniających konwenty, czy to właśnie mangowo-animowy, czy fantasy/sci-fi, i wtdawało mi się to zabawnie nie na miejscu, że w postaci rodem z Japonii wcielają się Polki i Polacy z Krainy Bulwiastego Ziemniaka, nijak pasujący do specyfiki pomysłów z Kraju Kwitnącej Wiśni. Tu zobaczyłam skośnookich performerów, i zamiast czuć że wszytsko jest tak jak powinno być - zostałam uderzona myślą, że w sumie to skośnooki  Naruto czy inna Czarodziejka z Księżyca wyglądają dziwacznie, bo w wersji animowanej mieli przecież wielkie okrągłe błękitne oczęta...

A jak wam się podobają zwyrodniali przebierańcy?

niedziela, 5 stycznia 2014

Jeszcze o lizaniu kultury... ( i kulturalnych artefaktów... z wątkiem perwersji i pornografii)

Obiecałam kontynuację wątku artystyczno-liżącego. Zatem zapoznam was z jeszcze jednym kąskiem sztuki nowoczesnej made in Taiwan. Zatem, wróćmy na brzeg portu Kaohsiung, przerobionego na przestrzeń wystawowo-publiczną.
Uwielbiam wieloznaczność. Uwielbiam intensywne kolory, miękkie linie, oraz lustrzany połysk zaczerpnięty z przysłowiowych psich jajec tudzież butów podporucznika z kompanii honorowej (poza politurką na czymkolwiek, którą trzeba polerowac, yhhh). I koty też lubię... Zatem - oto kotki.
Wiem, trochę upiorne na pierwszy rzut oka, symaptyczne kocie łepki zastąpiono paluchami. Ale... Po chwili dziwne wrażenie znika, a dłonie złożone w zwierzęce pyszczki nawet pasują do całości. W dodatku ciała są takie kocie, kociomiękkie i kociozgrabne.
Młodociany namiętnie i uparcie przekonywał mnie, że znalazł się tam "gest lotosu" czy jak się takie medytacyjne ułożenie rąk nazywa - aczkolwiek, po tymże dictum zaczynam powątpiewać w solidne fundamenty jego buddyjskiej wiedzy. Albo wierzyć kataklizm chińskiego astygmatyzmu z krótkowzrocznoscią i zło płynące z globalnego czytania (lansowanego obecnie w przedszkolach - żeby mamy mogły się chwalić, że ich trzylatki już czytają. Grr). W każdym razie, jakby nie było, na kocich tułowiach nie ma żadnych odnośników do buddyzmu z wegetarianizmem, są kociłapki.
Udawanych zwierzaków z recyklingu było więcej, tylko już raczej w formacie kieszonkowo-pokojowym. Konia z podków sama bym przytuliła (lubie konie, podkowy przynoszą szczęście, a w dodatku nadchodzący chiński nowy rok to Rok Konia, chyba Wodnego). Co do kurczaka... Nie wiem, jakiś taki horrorowaty.
Na osobnej części nabrzeża prezentowały się domy ekologiczne. Nie chciałam wierzyć, że Tajwańczycy posiadający kasiorę i trzymający władzę zamiast machnąć sobie porządną rezydencję z basenem, kominkiem i sauną... płacą konkretne sumy za - uwaga- "domki" z kontenerów, ciasne, bez windy, w dodatku zespawane na odwal się, straszące zgrzewami, nieizolowane i ewidentnie wyglądające na prowizoryczne dary dla powodzian.
W środku - wyposażenie spartańskie - albo Ikea, albo makulatura i inna ekologia - czyli meble "papierzaki". Na uwagę zasługuje to krzesło - może niezbyt wygodne, stabilne i trwałe - ale za to design ma lokalny koloryt, innymi słowy - udaje słynny artefakt sztuki głaziano-naturalnej, czyli "Głowę Królowej" z Parku Narodowego Yehliu.
A teraz w końcu przejdę do obiecywanego chińskiego porno :D

W centralnym punkcie przestrzeni wystawowej znalazło się miejsce dla Guan Gonga, walczącego z potworem.
- Jak to nie wiesz kto to jest Guan Gong? - niebotycznie zdegustował się Młodociany. - Przecież wszyscy wiedzą kto to jest Guan Gong. Guan Gong jest wszędzie, jest bardzo sławny i popularny i w ogóle...
Guan Gong to taka często spotykana figura - wielkiego, brodatego i wąsatego mężczyzny z czerwoną twarzą i olbrzymią ni to halabardą, ni to mieczem. Jest powszechnie czczonym bóstwem ochronnym - i dlatego oprócz medalionów z Buddą, to właśnie biżuteria z Guan Gongiem jest najpopularniejszą ozdobą każdego szanującego się Tajwańczyka. W dawnym (czyli nie-komunistycznym) Hongkongu każdy posterunek policji na wyposażeniu miał małą kapliczkę/świątyńkę poświęconą długobrodemu bożkowi o czerwonej twarzy. Na Tajwanie nie jest to aż tak popularne zjawisko, ale niewątpliwie pod opiekę Guan Yi oddają się zwłaszcza żołnierze i policjanci.
Guan Gong, zwany też Guan Yu lub Guan Yi był kiedyś człowiekiem - dowódcą wojskowym. Jego żywot przypadł na Epokę Trzech Królestw, a dokładniej przełom II i III wieku n.e. Guan Gong jest jednym z bohaterów klasycznej "Opowieści o Trzech Królestwach" - czyli długiego moralitetu poświęconego wartościom konfucjańskim, który każde chińskie i i tajwańskie dziecko zna od kiedy nauczy się czytać.
Guan Yi w Pier2 wygląda jakby zszedł z jedwabnego zwoju wytatuowanego pieszczotą tuszu w splecione losy pięknych księżniczek, dzielnych rycerzy i sprawiedliwych władców. Granit układa się w zbroję generała, długą i obfitą brodę będącą jego znakiem rozpoznawczym, surowe rysy. Jedynie oczy "w kształcie feniksów" - czyli mocno skośne, wąskie niczym listki wierzby - wykończono błyszczącym metalem. Ciężko wytrzymać srebrne, przenikliwe spojrzenie, które dosięga każdego przechodnia i podąa za jego krokami (iluzja podobna do tej zastosowanej przez Leonarda w potrecie Mony Lizy). W ręku generał-bóg dierży swój sławny długi "miecz" - Zielonego Smok Księżycowego... I na tym kończy się legenda...
Na tradycyjnej chińskiej halabardo-kosie zamontowano bowiem radośnie uśmiechniętą piłeczkę, i jeszcze mopa.
Osobną historię stanowi przeciwnik Guan Yi, czyli piekielny demon o psiej aparycji. Jest potężny, z realistycznie oddaną zwartą do skoku muskulaturą, z rozwartej paszczy wystaje demonicznie wijący się jęzor i śnieżnobiałe, ostrze kły ... Widać, że wzorowano go na japońskich wizerunkach demonów i wysłanników piekieł, w dokładnie odwzorowanej grze mięśni, dynamice i czystej linii ...
Yyyyyy.... Aha. Yhhm... Oooo!
"Podwozie" diabelskiego potwora zdobi wielki, wyprężony czerwony kutas, w dodatku obdarzony twarzą na czubku. Rzecz jasna ten atrybut wzbudził najżywsze reakcje publiczności - część z zażenowaniem, niedowierzaniem i "pewną taką nieśmiałością" czaiła się z dystansu kątem oka łypiąc na anatomię w rozmiarze i kształcie zdecydowanie nie-azjatyckim. Jednak co poniektórzy - zwłaszcza dziewczęta zaznajomione z podobnymi widokami - radośnie wiły się, tuliły i pozowały - dbając o tytułowe liźnięcie kultury...


czwartek, 2 stycznia 2014

Liźnięcie kultury -nowa wystawa w Pier2

Choć bardzo zajęta, nie mogłam sobie odmówić sprawdzenia, co nowego w jednym z moich ulubionych punktów Kao, czyli "Artystycznym Nabrzeżu Pier2 Art Center".

W poniedziałek po szkole rączo niczym gazela popędziłam nad morze, licząc że dzień powszedni i w miarę wczesna godzina oszczędzi mi nadmiarowego zagęszczenia ludności. Przypominam - Tajwańczycy wszytsko robią stadami, hordami i czeredami, i spacer w Pier2 może zmienić się w ocieractwo ze szturchactwem.
To zdjęcie z soboty:
Udało mi się w ten ponieziałek trafić wyjątkowo korzystnie- akurat pracownicy Pier2 kończyli rozkładanie dekoracji mającej uświetnić  organizowaną tu konferencję na temat współczesnego wzornictwa i sztuki przemysłowo-kontenerowej. Zatem figury były już ustawione, ochrony brak, ogrodzeń i taśm mających zniechęcać plebs od zbyt bliskiego obcowanie ze sztuką też jeszcze nie zamontowano, dodatkowo dzieciaki z pobliskiego gimnazjum i podstawówki odziane w kolorowe mundurki robiły za fajny element dodatkowy, wdzięcznie pozując. Natrzaskałam fotek co niemiara, słońce w zenicie mi sprzyjało, dzień był bezchmurny...
I wiecie co?
Psiakrew, zaraza, franca, mór i trąd - wychodząc z domu nie sprawdziłam, czy mam kartę w aparacie. I - rzecz jasna nie miałam...
Rozpaczałam nad tym faktem tak łzawo, rzewnie i skutecznie, że o 20 Młodociany się poddał i stwierdził, że on też chce zobaczyć te dzieła wiekopomne, drobiazgowo przeze mnie opisane w najdrobniejszych detalach - i w związku z tym we wtorek zaraz po jego egzaminie jedziemy do portu, a on użyje wszytskich swoich zdolności i umiejętności aktorskich, żeby zastąpić dzieciaki z podstawówki a charakterze tła itp itd.
Zatem dojechaliśmy.
Przywitały nas... może nie dzikie tłumy, ale pewny tłok, w tym panny młode wykorzystujące scenografię do najnowszego rodzaju ujęć w albumach ślubnych i studenci w togach, robiący sobie pamiatkowe zdjęcia do albumów z okazji niebawem planowanego zakończenia studiów. Figury były już w sporej części ogrodzone, w tłumie pelentali sie "znaffcy sztuki" i "krytycy" oraz ochrona - co nieco psuło beztroski klimat obcowania.
Przybywających witał wesoły renifer, ochrzczony "Formosan Deer" czyli jeleń azjatycki, zwany też sika. Oryginalna, tajwańska sika wygląda tak -
Wiem, mizerna i rachityczna, ale na Tajwanie wszystkie zwierzątka są jakieś karłowate (oprócz karaluchów-kosmitów, KLIK). Natomiast artystyczna wizja prezentowała się już znacznie bardziej okazale:
I z uwagi na rozwiązania kolorystyczne oraz zwłaszcza szeroki uśmiech mogłaby swobodnie reklamować tak zwane produkty kolekcjonerskie oraz pewne owoce i liście znane z zielnika gimnazjalisty...
Obok rogacza przycupnęły "Trzy owieczki" tego samego autora, pochodzącego z Taizhong Hung Yi, którego cała twórzczość jest właśnie taka ... radośnie kolorowo-folkowa. I gdyby dało się kupić miniaturki powyższych/poniższych (i innych) prac pana Hung... to w tym momencie zamiast pisać bloga, lekceważyłabym bezpieczeństwo podczas trzęsienia ziemi tudzież zapisy umowy najmu - i przybijała młotem pneumatycznym do żelbetowej ściany półeczkę na owe cuda.
Trzy owce to tradycyjny chiński talizman dla osób zakładających własny biznes, bowiem według lokalnych wierzeń i przesądów przynoszą bogactwo. A że statystyczny Chińczyk niezależnie od stanu posiadania napalony jest niczym wiewiór na orzechy na więcej pieniąchów - to i wabiki na boga od bogactwa oraz powodzenia stawia się okazałe, wielkie, wystawne i oczojebne. Tak na wszelki wypadek, aby sąsiadowy, bardziej kolorowy, nie zwabił czasem więcej "prosperity"... Nie będzie zatem dziwiło, że owe baranki w kraśne kropki, szalone ciapki, tęczowe maziaki i srebrzono-złocone kwiatuszki zostały sprzedane jeszcze przed otwarciem wystawy, gdy jeszcze gorące zjeżdżały z taśmy produkcyjnej :D
Na ratunek oczom strudzonym eksplozją kolorów i deseni przyszedł struś. To znaczy, chyba struś, bo tytuł "NO! Uncle Long" jest dosyć wieloznaczny. Albo mglisty... No dobra, jestem w stanie załapać powiązanie między rozpaczliwym nie, strusiem chowającym głowę w piasek, torpedą... Ale już Wujek Długi w tym wszystkim mnie przerasta...

Ogólnie głowienie się nad interpretacją i ukrytym znaczeniem dzieł zawsze mnie fascynowało. Na przykład symbolika kolorów, kształtów, kwiatów potrafiła z martwej natury z powidłem wyczarować historię miłości, zdrady, spisku i jeszcze PIN do bankomatu oraz przepis na kruche ciasteczka...
Oprócz- według mnie inspirowanych rosyjskimi wydaniami baśni- malowideł na owcach i jeleniu, słowiańskie akcenty pojawiły się w postaci zardzewiałego Światowida w wersji "transformers" i choinki złomowo-nurkowej. Tak jak wspominałam - my, Słowianie kolonizujemy Daleki Wschód wytrwale i przebiegle, niczym piata kolumna rasowych dywersantów, w dodatku zboczeńczów. Patrz idol Boobsman oraz cycki tej tam od picia mleka...
Kwietnik na palmy albo bardzo wysokie kaktusy w postaci kółka graniastego, mocno skorodowanego wpisywał się w popularny na Tajwanie trend "recyklingowo-złomingowy", lansowany na polu na drugim końcu powierzchni wystawowej. Z kolei "Las tropikalny zimą" bynajmniej nie kojarzył mi się z lasem jakimkolwiek, a z koszmarem elektryka szukającego bezpieczników, lizakami świąteczno-odpustowymi (ech, te cukierki poduszeczki z nadzieniem z odpustu w Mogile) i ewentualnie, w ramach konotacji zimowo-dendrologicznych, nurkową choinką... Może zarządca któregoś z wiodących zbiorników (Jaworzno, Zakrzówek, Hermanice) zdecyduje o zatopieniu takiej oto atrakcji, aby sąsiadowały z samolotami, autobusami, łódkami, radiowozami, smokami wawelskimi, komputerami, Marianem i innym utopionym ku radości podwodniaków szpejem?
Spore zainteresowanie budził "Biedronkowy Superman", natomias sensu i idei towarzyszącej jego białemu sąsiadowi ochrzczonemu "Człowiekiem z Miedzi" - już nie umiałam wykonfabulować.

Z innych eksponatów... Szczególnie spodobały mi się zabawy ze światłem. Na przykład takie lampki chętnie postawiłabym sobie na półce - pomimo, że jako oświetlenie są średnio praktyczne (jako odporna na tryndy betonowa cegówa uznaję tylko i wyłącznie żyrandol jako główne żródło jasności oraz lampkę do czytania, oświetlającą jedynie zeszyt/książkę. Pozostałe - czyli punktowe oświetlenie wszelkiego rodzaju bezmiernie mnie irytuje. Przerabiałam nastrojowy salon z ośmioma lampami porozstawianymi po kątach - i nie było to miłe doświadczenie). 


Pinokio kiwał główką i nosem, a żarówkowe cherubinki prowadziły migający dialog, a w tle sączyła się dziwna nuta złożona głównie z mechanicznych i elektronicznych popiskiwań tudzieź skrzypnięć.
Dłuższą chwilę gapiłam się w machinę do robienia zorzy polarnej. Prawdziwej zorzy jeszcze nigdy nie widziałam (chyba), ale nie ustaję w nadziei, że w końcu ujrzę. Wszak zdarza się mi bywać za kołem podbiegunowym także zimową porą - niestety (albo całkiem szczęśliwie), nie w porze najdotkliwszego chłodu i najdłuższego dnia. Jako ciekawostkę dodam, ze Młodociany w ogóle tą sztuczną zorzę olał, i stwierdził że szkoda jego młodego zycia na gapienie się w takie coś. Oraz, że na zdjęciach wyglądała znacznie lepiej. Wierzę, że którejś zimnej nocy spod kołdry wywabi mnie nierzeczywiste światło i taniec zielonych wstęg na rozgwieżdżonym niebie i w seledynowej poświacie będę się nurzała póki nie zmarznę na kość...
Jeszcze jedna zabawa światłem i cieniem oraz surowcami wtórnymi. Całość "abażura" wykonana jest z chusteczek higienicznych, i rzuca migotliwe, tańczące cienie na ściany dookoła. Młodociany chwilę bawił się w teatr sylwetek, a potem odwrócił się i tylko westchnął - oooo, sooooo spoooooky. Faktycznie - koronka złożona jest z setek masek-wykrzywyionych upiornie twarzy z horrorów i koszmarów oraz obrazu Edwarda Muncha. Creepy.

Ogłaszam mały konkursik. Na propozycję polskich wyrazów, którymi mogłabym zastąpić sensownie to upierdliwie czepliwe creepy&spooky, które nie chce się ode mnie odczepić od Halloween. Proszę o pomoc, bo samej przed sobą jest mi głupio, że pomimo sympatii do języka ojczystego oraz jego bogactwa muszę posiłkować się slangiem gimbazy i inymi pokemonami...

CDN już niebawem - będzie trochę legend, trochę tradycji i trochę kiepskiego porno, na okrasę.


sobota, 18 maja 2013

Moknąc w deszczu

Ze zdziwieniem, rozbestwiona słonecznym szaleństwem i tropikalną aurą Kaohsiunga - skonstatowałam  iż PADA. Ośmiela się od dwóch dni siąpić, kropić, lać i walić żabami, ze zmienną amplitudą i natężeniem oraz interwałem. Odkryłam też, że Tajwańczycy potrafią jeździć na rowerze/skuterze, trzymając jednocześnie rozłożony parasol. 
Poluję od rana na szybką focię takiego delikwenta, bo bez dowodów nie sądzę, żeby ktoś uwierzył, że jegomość raźno pedałuje, paląc papierosa i trzymając nad głową metrowej średnicy deszczochron w kolorowe ciapki.
Plusem  intensywnych opadów jest to, że powietrze nieco się oczyściło, smog osiadł na ulicy i spłynął do morza. Ponadto trawa i roślinność odżyły i odzyskały intensywne kolory. Odrobinę się ochłodziło (aczkolwiek nie jest to mróz polarny czy po prostu zwykła zimnota, każąca zadziać polarek i wbić się pod kocyk z kawusią i książką). A z minusów – od dwóch dni jestem zombiakiem, ledwo chodzącym (w okolicy nie ma dobrej kawy a na substytut szkoda mi kasy i żołądka, a ja jestem na równi hipochondryczką i meteopatką). Życie towarzyskie i wyjścia musiałam ograniczyć. No i najbardziej irytujące – komary pchają się do domu drzwiami, oknami, klimatyzatorem i rurami. Jak to rurami? Też nie wierzyłam, ale tutejsze owady mają chyba szkolenie w SWAT zanim wylegną w poszukiwaniu wyżerki. Bowiem źródłem zaopatrzenia w krwiopijców jest – uwaga – dziurka ściekowa (czyli odpływ wanny/prysznica, gdybym miała wannę lub kabinę prysznicową) oraz odpływ umywalki. Taaa, też mnie zatkało. Ale przyjęłam do wiadomości, że dranie potrafią nurkować i prowadzić urozmaicone formy desantowania
Drzwi do łazienki bowiem zamknięte, okno zabezpieczone moskitierą, pokój okadzony kadzidłem, opsikany sokiem z trawy cytrynowej, wypłaszacz komarów podpięty do kontaktu, cisza i spokój ani bzyknięcia. Idę pod prysznic… Wiadomo, mydlenie , pilingowanie etc chwilę trwa. Po spłukaniu piany odkrywam – cztery bąble – dwa na szyi, dwa na nodze (przed myciem ich nie było) oraz dwa połowicznie napełnione krwią komary przyczajone w okolicy kolanka od umywalki. Idąc za radą nauczycielki Ye, zakryłam odpływ wody kubkiem po soku, takim plastikowym. Wracam do domu po szkole, przeprowadzam inspekcję- a w kubku wygłodniałych wampirów sztuk cztery…. Jak te dranie są w stanie pokonać kolanko???
Ponieważ akurat trafiło się okienko pogodowe, postanowiłam odrobinę sfufanemu Młodocianemu (Zejdź z mej wymowy chłopcze drogi, i powtórz „W Szczebrzeszynie Chrząszcz brzmi w trzcinie” cwaniaku, a w ogóle mów do mnie po angielsku, bo popełnię samobójstwo ubrana w czerwoną kieckę – czytaj wrócę pośmiertnie jako duch) pokazać nowe zakątki odkryte podczas spaceru z Keisukiem. Najpierw byli kulturyści, i Młodociany prężący podrośnięte muskułki w pozach konkursowych. Japonki nieco psuły wrażenie ogólne…
Potem zaś dotarłam do „czegoś”. „Coś” migało, psikało parą wodną, wydawało dziwne dźwięki, takie trochę jak łódź podwodna. a częściowo jak ścieżka dźwiękowa z filmów o kosmitach. Bo i wyglądem  nieco przypominało „Coś” mózg operacji, odrobinę podobne było do sterowca, trochę wyglądało na chmurę, a do tego wyposażone było w peryskop. Taka sztuka nowoczesna, widowisko światło dźwięk. Nie zdziwiłabym się, gdyby w tym metalowym pałąku obok zainstalowano ukrytą kamerę, a potem zmontowano fajny filmik o użytkownikach i oglądaczach tegoż wynalazku.
Potem było zaś takie ciekawe, opuszczone miejsce, które zagrało w jednym filmie – i zainspirowało mnie do wieczornych rozrywek (ale o tym kiedy indziej), w obowiązkowych futurystycznych betonach i szkle, utrzymane w czarno-białej kolorystyce (dlaczego tak – obiecuję, będzie wyjaśnione niebawem). Po drugiej stronie rozpościerała się panorama wieżowców:  Kaohsiung85, bliźniaki wyglądające z daleka jak roboty- wartownicy pilnujący Środkowego  Sztywnego Palca Azji, oraz dwie wielkie łodzie, z czego jedna wedle krążącej po mieście plotki - należy do rosyjskiego multimiliardera. Druga zaś wyglądała na produkt z drugiej ręki.
Panorama Kaohsiung Love River
Następny punkt programu został zasponsorowany przez Panią Chmurkę i Panią Mżawkę-Siąpawkę, która umknęła ze sceny wydarzeń, robiąc miejsce dla – ordynarnego, grubego Pana Deszcza w najbardziej chamskim i upierdliwym wydaniu  Innymi słowy – zaczęło lać jak z cebra, więc schroniłam swój aparat i odwłok (w dokładnie tej kolejności) pod artystyczną konstrukcją z kontenerów. Nie byłam jedyna, wraz ze mną, aparatem i Młodocianym kibicowaliśmy panu, który pomiędzy kolejnymi falami bardziej chlupiącej ulewy zarzucał wędkę. Czy ryby biorą w deszcz? Czy on po prostu musiał się odstresować, bez względu na pogodę i rezultat wędkowania? Ściana wody była tak mocna, że odległy o ok 500 m Kaohsiung85 zniknął zupełnie z widoku. Aczkolwiek- znaleźli się i tacy zapaleńcy, co w strugach deszczówki kontynuowali bieg czy jazdę na rowerze…
Stojąc pod przeciekającym kontenerem i tępo gapiąc się w deszcz, usłyszałam smutną wiadomość. Stara chińska barka, w dawnych czasach będąca restauracją „Morski Pałac”, a obecnie malowniczo murszejąca po niedostępnej stronie kanału portowego (wejście tylko dla pracowników z identyfikatorami) – zostanie niebawem rozebrana i usunięta, aby zrobić miejsce dla nowszej generacji sztuki. Innymi słowy – dla Gumowej Kaczuszki, czyli wielkiej dmuchanej paskudy o wymiarach 16.5 x 20 x 32 metry, wykonaną przez Holendra Florentijna Hofmana i wystawianej po świecie. Wedle ogłoszonego na FB planu, ma w październiku zawitać do Kaohsiung (mieszkańcy są proszeni o wpisywanie się na listę entuzjastycznie witających)…
Ale! Być może do tego nie dojdzie – właśnie wyczytałam, że w środę 15 maja kaczucha się sklęsła w tajemniczy sposób … (tia, przeszło mi przez myśl wysłanie tam naszego czołowego eksperta od kaczych katastrof, ale chyba nie możemy tego jako Polacy zrobić ludzkości???)
W każdym razie, gapiłam się tępo w deszcz, oddając rozmyślaniom o przemijaniu i niszczeniu oraz plastikowej (wybaczcie wpadkę, gumowej) kulturze zastępującej tradycję, gdy z zadumy wyrwał mnie Młodociany: „Coś tak się zasępiła, Księżniczko? deszczu nie widziałaś? Taki deszcz to nic, dopiero w tajfun to jest coś, biga biga siamsing” zaszwargotał w czingliszu (big big something, tak mniej więcej wymówi to statystyczny Chińczyk). No tak, jak pamiętam z prasy, telewizji i zdjęć – tajfun to nie w kij dmuchał… Woda wtedy wali jak oszalała, przez dzień – czasem dwa, studzienki i rynny nie nadążają z odprowadzaniem, w dodatku Pogotowie Energetyczne prewencyjnie wyłącza prąd żeby wicher nie porwał drutów ( a jak porwie, to aby zbyt wielu postronnych nie popieścił prąd). Można spodziewać się wszystkiego - osunięć gruntu, lawin błotnych, powodzi, podtopień, zawalenia co słabszych konstrukcyjnie budynków (to zdjęcie to nie fake, 4 lata temu temu tak właśnie widowiskowo omsknął się w nurt rzeki hotel z Taidong po tym jak na Tajwanie narozrabiał tajfun Morakot).
Tajwańczycy sobie z tym jednak radzą.  najbardziej narażonych miejscach (wschodnie wybrzeże – Taidong, Hualien, Pingdong) domy buduje się – za górką i na palach, słupy elektryczne też stoją na postumentach (takich 4-5 m wysokich), partery domu są wyposażone w dodatkowe drzwi „anty-powodziowe”, które co prawda przepuszczają wodę, ale w znacznie mniejszym stopniu, no i na wyposażeniu rodziny oprócz zwyczajowego skutera znajduje się też łódka/ponton/motorówka. A poza tym – dopóki działają słynne „delikatesy 7-eleven”, nie jest źle :D Zawsze można popłynąć po wałówkę, choćby nawet na grzbiecie rekina. Trzeba tylko pamiętać o kasku, żeby nie dostać mandatu :P
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...