Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wiosna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wiosna. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 7 kwietnia 2014

Śniadanie z duchem pradziadka - o Dniu Zamiatania Grobów, kulcie przodków i miłości, tak przy okazji I

Pamiętając o mowie liczb, uroiłam sobie iż Święto Zamiatania Grobów (Qinmingjie) wypada w dwie czwórki, czyli 4 kwietnia. Ostatnio tak wypadało, i wydało mi się to jak najbardziej logiczne... Podobnie jak to, że w tym roku Wendzarnia 4/4 postanowiła zamknąć się na cztery spusty...
Nieco wątpliwości zasiało w mej duszy uświadomienie sobie, że na Tajwanie - jakkolwiek by nie zamieszkiwała go horda pokręconych kosmitów - to jednakowoż święta religijne nie są okazją do dnia wolnego, i w sumie to święta religijne wyliczane są w kalendarzu lunarnym, nie solarnym.
(o kalendarzach pisałam TU >>KLIK<<). Ukoronowaniem medytacji i rozważań w tym temacie było zaproszenie mnie przez małą siostrzyczkę Joyce na obchody Dnia Dziecka organizowane przez jej szkołę. Dzień Dziecka i okazyjny festyn z imprezą w Zaduszki, to jednakowoż kłóciło się nawet z tajwańską ideologią religijną (a raczej moim jej pojmowaniem), jaka by nie była inna od naszej, katolicko-pokutnej.
No i wyjaśniło się.

Święto Czyste i Jasne - albo, tłumacząc z angielskiego - Dzień Zamiatania Grobów wypada po prostu w dwa tygodnie po przesileniu wiosennym (czyli naszym topieniu Marzanny) i uznawane jest za "początek wiosny", która z kolei na Tajwanie jest porą deszczową.

Tak jak w Miesiącu Duchów nie będziemy kąpać się w morzu, bo jest on czasem w którym dusze grzeszników wylegają za bramy buddyjsko-taoistycznych piekieł - analogicznie, podczas Święta Zamiatania Grobów złożymy odwiedziny naszym czcigodnym przodkom, zjemy z nimi obiad i zadbamy o ich dobrobyt przekładający się rzecz jasna na nasze powodzenie i szczęście na następne 365 dni.
Ale oooo ssssoooo chozzziii?

Azjatycka (chińsko-tajwańska) koncepcja nieba, piekła oraz miejsca duszy ludzkiej mocno różni się od tej serwowanej nam w europejsko-zachodnim kręgu kulturowym. Z jednej strony mamy buddyjską wędrówkę dusz, z drugiej konfucjańską koncepcję przodków obserwujących nas z zaświatów i dbających o nasz los w zależności od naszej dbałości o ich dobre imię i dostatek. Niestety, nie znalazłam osoby mogącej w miarę przystępnie wytłumaczyć mi owe zawiłe zależności - nie wiem, czy z uwagi na jakieś tabu otaczające wrażliwą kwestię antenatów i religii, czy z powodu obaw o jakieś prześmiewczo-sarkastyczne uwagi, czy zwyczajnie z powodu braku sensownego ogarnięcia tematu lub kompetencji językowej nie wystarczającej do konwersacji na tematy egzytencjalno-historyczo-filozoficzne.
Zatem reszta tego wpisu będzie malowniczym galimatiasem informacji zebranych przeze mnie w różnych źródłach i skompilowanych. I od razu uprzedzam - może zawierać błędy lub przeinaczenia... Człowiekiem jestem, omylnym i o wiedzy ograniczonej. W razie wykrycia rażących błędów, przeinaczeń i innych kwiatków -proszę o kontakt poprzez komentarz. Poprawię, przeredaguję i podniosę swój stan wiedzy.
Najpierw - kilka słów o obchodach Qinmingjie. 
Jak to na Tajwanie - centralnym punktem będzie jedzenie. Posiłek spożywa się z rodziną (żywą i nieżywą), w kolejności - najpierw czcigodni przodkowie konsumują "ducha strawy", a po pewnym umownym czasie nienaruszoną fizyczną postać potraw zjadają licznie zgromadzeni krewni.
Składanie ofiar w wersji mini - w kolumbarium
Krewni - co ważne - obowiązkowo udają się w rodzinne strony, stadami. Pełną ekipą rodzinną znaczy - i nie ma że boli, cześć i chwała przodków ważniejsza niż wszystko inne. Ale... w odróżnieniu od polskich Zaduszek - gdzie na groby chadza się również pospołu - tu istnieje rozgraniczenie. Wspominałam kiedyś o "rodzinie wewnętrznej i zewnętrzej", o tym, że rodzina ze strony matki traktowana jest po macoszemu i o tym, ze syn dba o prestiż nazwiska. Zatem, w rodzinie Młodocianego - tata Li i starszy brat Młodocianego noszący również nazwisko Li - obstawiają południową stronę wyspy, skąd wywodzi się rodzina Li. Za to mama Shi wraz z Młodocianym noszącym również (ku wielkiemu fochowi strony Li, a w wyniku przedślubnych negocjacji i układów) nazwisko Shi - udają się na północ, w okolice Tajpej czyli gniazda rodziny Shi - i tam oddaje im hołd, w nieco okrojonym zakresie, jako że w międzyczasie zarówno mama jak i syn stali się buddystami -co wyklucza odprawianie taoistycznych rytuałów.
Tak jak Mama Shi i Syn Shi, w wędrówkę ludów rusza mniej więcej 80% ludności Tajwanu... Standardowe stadne peregrynacje powodują - pomimo mizernych rozmiarów Pięknej Wyspy i naprawdę dobrze rozwiniętej infrastruktury komunikacyjnej - masakryczne korki. I szybciej chyba byłoby na piechotę dreptać, niż sunąć dostojnie w karawanie ciasno upakowanych na autostradach i innych drogach - autobusach i samochodach, zderzak w zderzak, lusterko w lusterko. O biletach na pociąg lub autobus w tym czasie można zapomnieć, zarezerwowano je już daaaaawnooo...
Dotarłszy na miejsce - dosyć losowo wybrane, bowiem na Tajwanie mało jest nekropolii sensu stricto, typu Powązki czy Rakowice, i wiele grobowców rodzinnych po prostu sterczy w szczerym polu, pod krzaczkiem i na miedzy, gdzie miejsce akurat było i feng shui pasowało - rodzina zabiera się za "dbanie". Grób dla Tajwańczyka nie jest bowiem tym, czym dla nas... Mało jest dopieszczonych pomników, błyszczących marmurów, parady wieńców i zniczy... Grobów nie odwiedza się - tak jak u nas, z rozmaitych okazji i rocznic. Grobowce stanowią temat tabu, nie łazi się w ich okolice bez potrzeby. I - uwaga - obowiązuje kategoryczny zakaz fotografowania, pod rygorem wszystkich klątw piekielnych...
Statystyczny tajwański grób, gdzieś pośrodku pola/lasu/łąki 
Zatem - rzecz jasna, grobowce zachwaszczone i zaniedbane są przez cały rok, po czym w okolicy Święta Zamiatania Grobów rodzina przystępuje do - pielenia, wyrywania chwastów, podcinania narosłych chaszczy, odświeżania i malowania. Sporym - dla nas, nawykłych do sterylnie czystego kontaktu ze zmarłymi via zdjęcie na ściance i granitowy nagrobek -zaskoczeniem może być spotykana na Tajwanie (aczkolwiek nie powszechna) praktyka... wyjmowania szczątków z "szafki" lub urny i ich starannego czyszczenia pędzelkiem, po czym ponownego pakowania w urnopodobny garnek i do "szafki".

Co ciekawe, znana w Polsce tradycja opieki nad zapomnianymi "niczyimi" grobami budzi tu sporą konsternację i zdziwienie, bowiem jaskrawie kłóci się z ideą "syna dbającego o rodzinę"... Każda rodzina musi mieć najstarszego syna, który zadba o to, by nazwisko przetrwało przez pokolenia, i który pomnoży odziedziczony majątek, wypracowany ciężkim wysiłkiem przodków... Jeżeli nie masz syna (prawdziwego lub adoptowanego) - to znaczy, że twoja karma jest zaburzona przez jakieś grzechy, że zawiodłeś swoich pradziadków i ogólnie - to twoja wina. Zatem, dlaczego ja mam naprawiać owoce czyichś złych decyzji i występków? W związku z tym na terenie nekropolii lub polnych dróżek i przydrożnych górek - straszą opuszczone i walące się resztki grobów niczyich, których rodziny wymarły, córki wyszły za mąż a synów nie było - lub też emigrowali za lepszym losem gdzieś daleko.
Gdy już - najczęściej przypominający mały pagórek otoczony murkiem, lub murowany domek - grobowiec jest doprowadzony do stanu względnego ładu i składu, rodzina przystępuje do składania ofiar - czyli wyjmuje wspomniane wiktuały (tradycyjnie -posiłek ma być sporządzony bez użycia ognia i spożyty na zimno) oraz alkohol.

Do rozkoszy dla podniebienia należy dołączyć prezenty bardziej praktyczne - dom, ubranie i akcesoria kosmetyczne oraz dodatki, służących, samochód, tablety, komórki i pieniądze... 
Oczywiście - papierowe, całe szczęście dla portfela, za to mniej radośnie dla atmosfery.

Chińska koncepcja zaświatów zakłada bowiem, że zmarli prowadzą życie podobne do tego, jakie wiedli na ziemskim padole. Nie powinno więc dziwić nikogo, że potrzebują wszystkich utensyliów, bez których obyć się nie mogli za życia, od sztucznej szczęki (i rasistowskiej pasty do zębów >>KLIK<<) czy smartfona (z którym mali Azjaci chyba się rodzą, bo przykleja im się do łapek w okresie prenatalnym) po jakże tu uwielbiane produkty marek luksusowych typu LV.

Wykonawszy prace ogrodowo-porządkowe, nakarmiwszy przodków i huknąwszy czołem o glebę trzykrotnie (to tutejszy sposób na oddawanie czci godnej cesarza), spaliwszy co trzeba i zeżarłszy co przywieziono - rodzina jeszcze umieszcza "liściki" przykryte kamykami na kopcu nagrobnym, czasem dorzuca jeszcze dodatkowo więcej "duchowych pieniąchów"... i znika na resztę roku.

W następnym poście - o kulcie przodków i miłości...

niedziela, 24 marca 2013

Wiosna w Polsce a wiosna na Tajwanie


Powitał mnie dziś rano następujący obrazek na Aggi fejsiku:

Czyli mroczny krajobraz osiedla Smerfetkowo, Bronisław w sweterku, samochody upaćkane czymś szaro-buro-lepkim, niebo ołowiano- zmhoczyste, urocznie…
I pytanie retoryczne – jaką mam(ja, ty, my, wy, oni) wiosnę?
Krótkie zerknięcie w pogodynkę – taaaa, Kraków -5…. OK. Pamiętam ten nużący okres przesilenia, kiedy to pierwsze, anemiczne promienie słonka powodowały szybkie wystawienie bladych powłok skórnych w nadziei na pocałunek UVA/UVB. Kiedy armia zombiaków wlokła się po ulicach Stołecznego Królewskiego, rozpaczliwie wypatrując pierwszych oznak końca zimy. Kiedy buty mi z lekka przemakały w szarej brei, a przejeżdżający samochód narzucał abstrakcyjny deseń z soli i syfu z kałuży na mą kurteczkę, też w jakimś depresyjnym odcieniu. Kiedy zasnuwające się na ołowiano-popielato niebo, niosące zapowiedź kolejnego opadu deszczu ze śniegiem wywoływało pełną rezygnację. A śnieżynki wirujące w smogowym powietrzu zmieniału mnie w klona Jacka Nicholsona z filmu „Lśnienie”, z wirtualną siekierą w urękawiczonej dłoni i żądzą mordu w oczach…
A jak jest na Tajwanie? Max mówi, że jeszcze chłodno, i powinnam brać ze sobą bluzę, bo wieczorami jeszcze  ciągnie zimnem. Dobre sobie. Najniższa temperatura w Kaohsiung wyniosła kiedyś dawno temu 14C. Tej zimy było kilka faktycznie zimnych nocy, gdy spałam pod kocem i kołdrą, i pożyczałam od Maxa bluzy (moje były „gdzieś w drodzie”, w paczce), bo świerkłam regularnie w klimacie zwrotnikowym. To drobny minus mieszkania w subtropiku – nie ma tu centralnego ogrzewania, trzeba się ratować farelką (o ile się takową posiada)… W Kao, poza okresem obrzydliwej spiekoty i wilgotno-lepkiej sauny przerywanej tajfunami -panuje wieczna wiosna w rozmaitych odcieniach. Tak od października do kwietnia mamy aurę – polskiego lipca, sierpnia i września, kwietnia, maja, czerwca. A potem piekarnik totalny, z opcją gotowania na parze (wilgotność 80-90% robi swoje). Cóż, Zwrotnik Raka… Więc za oknem kwitnie mi wielkimi kwiatami drzewo, na którym więcej pąków jest niż liści, a gdy fioletowe płatki opadną, za tydzień między soczystą zielenią już miga kolejne pokolenie ciemnoróżowego…
Więc jak wygląda moja wiosna? O, tak:
Przy czym wyjaśnię od razu. Tubylcom jest jeszcze zimno! Albo inaczej – nie-ciepło. Na ulicach ciągle wiele osób gania w kurtkach  TangXin śmiga po szkole w bluzie i dresiwie, Nico w garsonkowo-żakietowym kompleciku, a Max zakłada długie spodnie i dwa podkoszulki. I wiecznie przypomina mi – niczym moja mama (w sumie, urodziny mają jednego dnia, to i charaktery podobne) – Majia, weź bluzę, bo jest zimno, wieczorem zmarzniesz… Dobre sobie. Zmarznąć przy 25-30C… Woda ma też  25 -28C, u nas jest to letnia temperatura nagrzanego jeziora, taka lekko zupowata. Ja cała szczęśliwa się pluskałam i najchętniej bym nie wyszła, Młodociany dołączył do mnie z wyraźnym zbrzydzeniem i gnany tylko i wyłącznie poczuciem rycerskości (Majia, wracaj, nie idź głębiej, fale są dziś wysokie… To niebezpieczne!!!), szybko dostając dreszczy, telepawki i lekko sinego dzioba, tłumacząc mi, że mam natychmiast z wody wyjść, bo jest zimna i się przeziębię. Okiiii….
To właśnie słynna czarna plaża i rzeczona wysoka fala. A tego latania na miotle, tfuu, desce ze spadochronem mam ochotę spróbować :D Strażnik plaży (nie ratownik, tylko umundurowany strażnik plaży publicznej, który nie wyciąga z wody tonących, nie macha biustem niczym Pamela, nie lansuje się na wieżyczce i nie opala na hebanik kalifornijski - ale pilnuje prawa i sprawiedliwości na skrawku piaszczystego cypla) chyba dostanie zawału…:D
Ostatnio bowiem miałam z nim małą spinę. Na plaży znajdują się znaki – nie pływać, nie łowić ryb i nie coś dziwnego, niezidentyfikowanego plus dużo skomplikowanego tekstu chińskiego, którego czytać mi się nie chciało, bo to lektura na godzinę minimum. Nie pływać – spoko. Wlazłam zatem do wody po kolanka, siadłam sobie, żeby się schłodzić – i mi dobrze… Ze zdziwieniem zanotowałam rozlegający się koło ucha świst. Odwracam się, a tam pan strażnik mało płuc sobie nie wypluwa, stojąc w bezpiecznej odległości od fali i machając do mnie w sposób wysoce irytujący, znamionujący natychmiastową konieczność wyjścia z wody. Z gracją wieloryba wygrzebałam się, koszula kąpielowa (zwyczajowy zakaz eksponowania bikini skutkuje zakładaniem Tshirta i spodenek lub innego powłóczystego zawoju) oblepiła mi nieeksponowane bikini w sposób mocno  nie – niewinny i patrzę na pana strażnika plującego się po chińsku wzrokiem błędnej owcy. Nawet mi się go słuchać z uwagą nie chciało, tępe oczęta plus mokry podkoszulek zazwyczaj odnoszą lepszy skutek niż udowadnianie swoich racji w języku obcym.
- Czy mówię po chińsku -pyta pan strażnik, w zrozumiałej angielszczyźnie dalekiej od płynności. Kiwam głową, że nie. Pan zaczyna od nowa coś na mnie pyszczyć.
Odpowiadam mu tak szybko jak potrafię i z tak paskudnym akcentem, jaki tylko potrafię z siebie wykrzesać, że o co mu biega i mów pan po angielsku!. Pan traci rezon i głosem robota powtarza, że: ” Kaosiung City Government Regulation nowa edycja zakazuje…”
Ja na to- gdzie jest to napisane.
Pan pokazuje tablicę z krzaczkami.
- Ale ja nie rozumiem po chińsku, jak Kaohsiung City Council chce się ze mną dogadać, niech się wyprodukuje po angielsku, proszę ze mnie zejść, proszę pana.
- Ale tam są obrazki, proszę pani.
- Ano, są. Nie pływam, nie łowię ryb i nie robię nic podobnego do trzeciego znaka.   Wieć w czym rzecz?
- Ależ pani pływa!
- Pokazać panu pływanie? Ja sobie siedzę w wodzie, bo widziałam znak, że pływanie wzbronione.
- Ale pani nie wolno tego robić!
- A co, woda toksyczna?
Pan się zaczął poddawać, niestety, tę wyborną zabawę przerwał mi Max, który gnąc się w ukłonach przyleciał i zaczął przepraszać i coś tłumaczyć, więc straciłam przewagę, niestety – no i musiałam przyjąć na klatę, iż po pierwsze, mam się uczyć chińskiego, a po drugie, definicja pływania po chińsku zakłada wszelkie moczenie, nawet w wodzie po kostki. A trzeci znak to szeroko pojęte sporty wodne. Więc koleś ze spadochronem jeżdżący w prawo i lewo tuż pod strażnikowym nosem musiał mu nieźle działać na nerwy… Nic dziwnego, że zamiast kulturalnie spać, musiał na mnie podciągnąć nadszarpnięte ego…
No dobra, edit. Też zadziewam bluzę z kapturem. Ale tylko w klasie. Zaczął się bowiem okres szalejącej klimy z wiatrakami, gdzie temperatura w klasie mrozi krew w żyłach, na korytarzu z nóg zbija parno duszny młot regularnej aury. Oszczędni zazwyczaj tajwańscy nauczyciele w Wendzarniowskim Huayu ZhongXin hulają klimą za wszystkie czasy – bo darmowa, a w salach regularnych trzeba za tą przyjemność płacić… :D , więc efekt bywa- zabójczy. Marznie człowiek na kość patrząc na termometr pokazujący 30C… :D
Przesyłam troszkę ciepełka – i zapraszam do siebie, to nie jest tak daleko… :D
A jaką Ty masz wiosnę?

piątek, 8 marca 2013

Czekam wiosny…


Dopadło mnie chyba przesilenie marcowe, objawiające się mniej więcej typowo po kobiecemu:

Nie oszukujmy się – zeżarłwszy tonę czekolady, tonąc we łzach niemal pogryzłam koleżankę… Bo TAKKKKK! PMS to pikuś… Coś należało zatem zrobić, by stan rzeczy zmienić, zanim wybiję pół populacji Kaohsiungu ( a miałam takowe marzenia, oj miałam… o malutkim granaciku i łubudubu… albo o zgrabnym wynalazku inżyniera Kałasznikowa i filmowym zapasie pocisków… i dużej ilości azjatyckiej krwi pryskającej po ścianach). Zatem piję rumianek – bo mi smakuje i chodzę na spacery.  Powinnam do tego głęboko oddychać, ale jakoś brak mi odwagi solidnie sztachnąć się ożywczą mieszanką mutagenów i innych substancji słabo rozcieńczonych tlenem. Pewnie rozluźniłoby mnie to dogłębnie…
Okolic spacerowych mam kilka. Pierwsza to park wokół krematorium, z 4 świątyniami. Chwilowo go unikam, bo odbywają się tam jakieś religijne zamieszania i wali kadzidłem z każdej strony. I to nie jest delikatny zapach, uświetniający mszę wielkanocną i redukujący nieco zapaszek naftaliny unoszący się z wyjętych z szafy, odświętnych babcinych futer. Tu rządzi zawiesista chmura wielorakich woni, przed którą wieją nawet komary…
Jezioro Złotego Lwa i okoliczne świątyńki. Krematorium nie weszło w kadr






Park numer dwa zawiera – parczek właściwy, jezioro, dwie wieże (atrakcja turystyczna – włazi się paszczą smoka, wyłazi spomiędzy tygrysich zębów), świątynie buddyjsko-daoistyczną i daoistyczno-buddyjską, świątynię Konfucjusza (i pomyśleć, że to właśnie Konfucjusz i jego uczniowie tępili dao/taoistów za „ciemnogród intelektualny i hołdowanie zabobonom… a teraz ma śliczne ołtarze, w których masowo oddaje się mu cześć religijną…) oraz miejsce tuż przy drodze, gdzie można napić się prawdziwej kawy. Nie fałszowanego instantu, tylko siekierzastej małej czarnej, z ziaren palonych na miejscu, z ubitym na gorąco mleczkiem.


W parku numer 2 znajduje się (uwaga- niespodzianka!) świątynia… Świątynia poświęcona jest bogini miłosierdzia Guanyin, posiada znaczną ilość kolorowych dekoracji i plastikowo  wyglądających posążków z betonu i ceramiki. Szwenda się po niewielkim świątynnym pseudo-dziedzińcu z wieżyczkami -pagodami i alejkami zatrważająca ilość turystów, w przeważającej ilości z Chin Ludowych. Turystów tych poznać łatwo po niezbyt ładnym ubiorze ( w nieco staromodnym stylu, kroju i kolorystyce– przy czym nie są to tradycyjne chińskie kaftany, sukienki qipao czy inne jedwabne kubraki tylko zwyczajne stare ciuchy), jeszcze mniej ładnym zapachu i wyjątkowo głośno prowadzonych konwersacjach. Mówiąc krótko – drą japy, bez względu na miejsce i czas. W samolocie też – nie będą wstawać, żeby pogadać, tylko pokrzykują dziarsko przez 20 rzędów… Zabawa pełną gębą :D
Ale – oprócz Chińczyków, znajdują się tam – żółwie. Wszelkich gabarytów (od kapselka z piwa po solidną tackę), rozmaitych odmian kolorystycznych, pływające, pełzające i prezentujące żółwie sztuczki :D Gdyby ktoś miał problem z dostrzeżeniem: to koło czerwonej strzałki, przycupnięte na siatce – to są żółwie, które z natury naprawdę dobrze się wspinają, w co ciężko uwierzyć, póki się nie zobaczy ewidentnego potwierdzenia w/wym wyczynu,
Na żółwiach zwanych u mnie w domu pieszczotliwie „gadziną” lub „skorupiakami” mogę się zawiesić solidnie. Sama kiedyś dawno odchowałam wraz z bratem 4 takie żwawe kapselki, stanowiące żywe zaprzeczenie stereotypu powoli drepczącego opancerzonego leniucha. Tu akurat upozowały się raczej statycznie, wyciągając ku słońcu szyje i płetwiaste łapy.
Po południu przełażę na drugą stronę Rzeki Miłości, czyli nieco czyściejszego niż kiedyś (ś)cieku wodnego, do nowo powstałego Wetland Park, czyli parku krajobrazowego i tematyce mokradłowej.
Są tam mosty wiszące i drzewa, które kiedyś zaczną dawać cień. Na razie - wszystko na powierzchni 12 hektarów pokryte jest lekko przypaloną w słońcu trawą, drewnianymi ścieżkami edukacyjnymi i rozlicznymi tablicami informacyjnymi. Ale i tak jest zajebiście, chociaż bunkrów nie ma :D  A, są jeszcze altanki, niestety ciężko z nich skorzystać, bo okupują je babcie z dziećmi i migdalące się pary, ale – niech się migdalą na zdrowie :D
Wszystko to zasilane jest wodą z AiHe, czyli Rzeki Miłości, która uchodzi do morza, i faluje w rytm przyboju i odboju, w porządku dobowym. A wiadomym dowodem na morskość falującego błotnistego bajorka na pseudomokradłach są – meduzy. Które też falują zresztą.
Skąd pomysł na wyłysiałe mokradła? Wcześniej mieściły się tam slamsy i ruiny. Jednakże pucołowata burmistrz miasta Kaohsiung wpadła na to, iż niestety jeden z największych portów na świecie zaczyna nieco podupadać, z racji przejęcia pałeczki cargo przez Hongkong, Szanghaj, Qingdao, Dalian, etc (wszystkie po czerwonej stronie Morza Chińskiego, Wschodniochińskiego i Południowochińskiego). Co zatem zrobić? Jak nie ma turystów -robotników i marynarzy, to zaprośmy turystów zwykłych! I zaczęła się era „wielkich wydarzeń” i atrakcji turystycznych, pokroju właśnie odnowionych staroci, wiosek folklorystycznych, oraz np World Games, o których ja nie słyszałam wcześniej – a to takie jakby Igrzyska Olimpijskie, tylko z mniej tradycyjnymi dyscyplinami (włączając w to – spadochroniarstwo, wspinaczkę, frisbee, wrotkarstwo, rozmaite dyscypliny piłko-podobne, pływanie z monopłetwą, kajak-polo i inne, nieuwzględnione przez MKOI ). W 2007-8 roku, przed wspomnianymi zawodami, miasto ogarnęła gorączka budowlana, slumsy zburzono, mieszkańców wysiedlono aby nie psuli obrazu metropolii – a na miejscu ich chatynek ku pożytkowi społecznemu zbudowano z rozmachem park. Zaprojektował go nie- Azjata, więc park ma rozmiary parku, a nie boiska do kosza z jedną alejką dookoła :D – bo takie właśnie skwerki królują np w mojej okolicy. Jest gdzie pobiegać – nie tylko. Ale o tym – kiedy indziej…

PS. Kto wie jaka meduza jest w dotyku? No, mokra i żelowata, ale taka niezbyt gąbczasta tylko jędrna i sprężysta.  Dotykałam… Trzeba było ratować od niechybnej śmierci przez zadeptanie na trawniku, na który się meduzy pchały namiętnie
A kto wie jak smakuje meduza? Ja będę wiedziała… Już niedługo… Meduza spreparowana to lokalny przysmaczek… Ponoć smaczne. Witamy w Azji, tu nie ma niejadków.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...