Pokazywanie postów oznaczonych etykietą historia Tajwanu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą historia Tajwanu. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 13 kwietnia 2014

Polski głos w Rewolucji Słonecznikowej

Jakiś czas temu wspominałam o protestach studenckich w Tajpej, w mediach ochrzczonych Rewolucją Słonecznikową.
Streszczając sprawę - w ramach protestów przeciwko umowie z Chinami o wolnym handlu i przepływie usług, tajwańscy studenci zablokowali budynek Legislative Yuan, po kilku dniach zostali siłą usunięci przez policję i nieco sponiewierani. Oberwało się także postronnym - dziennikarzom i lekarzom.
Po takim obrocie sprawy poparcie dla "rewolucji" wzrosło dosyć znacznie, właściwie większość moich fejsbukowych znajomych (zarówno Tajwańczyków jak i obcokrajowców tu mieszkających) miała w zdjęciach profilowych a to słoneczniki, a to czarne kwadraty (symbolizujące zmrok nad tajwańską demokracją). Protesty, marsze i wiece trwają nadal - w Tajpej wokół budynków rządowych gęstnieje tłum pokojowych demonstrantów. 

Chwilę w mediach trwały próby zdeklasowania studentów -na przykład jeden z ministrów pożalił się, że mu studenci zeżarli ciasteczka ...
Serio. Płakał przed kamerami, że miał w lodówce ulubione ciasteczka, a teraz nie ma, podli studenci mu wyżarli. Przy czym nadmieniam, że lodówka stała na miejscu, nie zniszczona, gabinet wygladał normalnie - a nie jak po przejsciu tajfunu i wybuchu bomby atomowej. Przebił chyba Jana Marię Rokitę płaczącego, że go Niemcy zbili.
Sprawa polska rozpoczęła się relacją polskiej dziennikarki mieszkającej na Tajwanie. Hanna Shen regularnie pisze o sprawach tutejszych do kilku ukazujących się w Polsce wydawnictw, ponadto komentuje wydarzenia z Polski pojawiające się w chińskojęzycznych mediach. Na łamach internetowej gazety Niezależna.pl pojawił się artykuł opisujący wspominane przeze mnie protesty - Majdan przeniósł się na Tajwan. Nie da się ukryć, że Hanna jest dużo bardziej zaangażowana niż ja, a także posiada dużo szerszą wiedzę historyczno-kontekstowo -polityczną, w związku z czym zupełnie nie podziela mojego tumiwisizmu podszytego cynizmem.
W każdym razie - po publikacji niniejszego artykułu, rozpętała się prawdziwa burza w szklance wody i afera koperkowa w skali makro. Tajwańska "niby-ambasada" (dlaczego niby - pisałam wcześniej, tu) wystosowała pełen oburzenia list z żądaniem wycofania obraźliwych dla Tajwanu i Tajwańczyków porównań z "zacofaną Ukrainą" i innymi dyplomatycznymi inwektywami. 
Ot, proszę zerknąć W razie, gdyby było niewyraźnie, list jest też dostępny online :

W sposób dyplomatyczny dano nam znać, że 27 potęga ekonomiczna świata, prężna gospodarka Tajwanu nie życzy sobie porównań między wydarzeniami w Tajpej a krwawymi rozróbami na Ukrainie. Zaiste, w tym wypadku bardziej adekwatne pod każdym względem byłoby porównanie z protestami na Placu Tian An Men. 
Zdaję sobie sprawę, że w Biurze Tajpej przebywają osoby powiedzmy mocno przypadkowe, wysłane - a raczej zesłane do Polski pod przymusem, niespecjalnie zainteresowane pobytem tu i ogólnie niezadowolone z faktu, pobytu nad Wisłą. Pomijam już wątpliwą przydatność biura w wielu kwestiach stricte informacyjnych, ale uważam, że trzeciorzędny dyplomata Colin Kao i jego koledzy przegięli. Szczególnie uraziła mnie sugestia, że 27 gospodarka świata usiłuje ustawiać nas w szeregu, niczym któryś z kraików, którym płaci za utrzymywanie stosunków dyplomatycznych. Rozumiem, że nasz MSZ i Radosław Al-Kaida nie są zainteresowani potrząśnięciem Biurem Tajpej, żeby się chłopaki nieco ogarnęli... Niestety. Stąd i takie a nie rzucanie się Tajwańczyków - bo w analogicznych listach, wysłanych do niemieckich i amerykańskich gazet było już grzeczniej, bardziej stonowanie i bez podskoków. No ale już Polaczkom można nawtykać - bo nie zabiorą fabryk BMW i innych biznesów do konkurencyjnych Chin, a ich Ministerstwo Spraw Zagranicznych ma ciekawsze zagadnienia do rozpatrywania, niż próby urobienia opinii publicznej przez Tajwańczyków...

A co do artykułów Hanny - zapraszam na jej blog:



piątek, 28 marca 2014

Co mają wspolnego hodowla papai oraz baseball?- czyli o filmie "Kano" słów kilka

- Smakuje ci ta papaja?
- Przepyszna, słodka, znacznie lepsza niż inne które znam.Jak to możliwe, Nauczycielu?
- Spójrz w jej korzenie - widzisz tam gwóźdź? To mój sekretny sposób na najsłodsze papaje. Wbiłem go specjalnie, aby przekonać drzewo, że umiera. A kiedy drzewo umiera, wszytskie swoje siły i soki przeznacza nie na wzrost, a na urodzenie jak najlepszych owoców, które zapewnią mu przetrwanie.
(cytat z filmu "Kano")
Kiedy Młodociany oznajmił, że chciałby iść ze mną do kina na trzygodzinny film o przedwojennej drużynie  z liceum rolniczego, grającej w tak nad Wisłą zwanego "palanta" (od którego ponoć - wg Normana Daviesa - pochodzi amerykański baseball, patrz " Boże Igrzysko"), rzecz jasna wykazałam się absolutnym i całkowicie zrozumiałym brakiem entuzjazmu. Nazwisko reżysera - Umin Boya- jednoznacznie kojarzyło mi się z krwawym "Seediq Bale - Warriors of the Rainbow", którego obejrzenie można przypłacić ciężką depresją. O baseballu zaś wiedziałam, że się rzuca, odbija i biega, część zawodników nosi obcisłe gatki, koszulki z kołnierzykami i czapki z daszkiem, a część ma pancerzyki. O coś w ten deseń:
O co kaman w bieganiu do bazy, punktowaniem, strajkami itp miałam takie pojęcie, ile przemyciły japońskie kreskówki - przy czym tłumaczone z japońskiego przez włoski na polski anime nie stało zbyt wysoko w hierarchii ulubionych, więc wiedza siłą rzeczy przypominała solidnie rozwodniony groch z kapustą posypany kminkiem.
Młodociany musiał wspiąć się na wyżyny dyplomacji, argumentacji i manipulacji ("Myślałem, że się ucieszysz, bo to ważne wydarzenie dla Tajwańczyków i do tej pory o tym pamiętamy. Ale skoro nie interesuje cię tradycja i kultura oraz historia mojego kraju, to trudno, pójdę z bratem. On to doceni"), zatem dałam się wyciągnąć - obiecując, że jeżeli film będzie słaby to nie tylko będę mu truła i marudziła oraz miauczała przez cały seans, ale także grała w EngryBerdsy i w rewanżu oboje pójdziemy na najbardziej szmirowatą i kiczowatą produkcję, jaką tylko wynajdę, na przykład "Akademię Wampirów". No bo- czy film zrealizowany przez Tajwańczyków (UWAGA!smaczek!) po japońsku, opowiadający historię o papajach, dużej ilosci błota, ryżu i chłopcach w workowatych spodniach ganiających bez widocznego dla mnie ładu i składu w ramach obcej mi zupełnie aktywności fizycznej może być aż tak intrygujący?

W lecie 1931 roku na stadionie Koshien w japońskiej miejscowości Nishinomiya licznie zgromadzeni widzowie niecierpliwie czekali na ceremonię rozpoczęcia finałowych rozgywek Narodowych Baseballowych Mistrzostw Szkół Średnich. Flagę wciągnięto na maszt, drużyny zostały przedstawione wiwatującym kibicom... i zapadła konsternacja. Brakowało zawodników z dalekiej prowincji Tajwan, ze szkoły o której nikt nigdy dotąd nie słyszał...
Tak dla przypomnienia. Wyspa Tajwan, na której obecnie mam przyjemność przebywać - przechodziła z rąk do rąk. Mieli ją i Holendrzy - wygonieni przez Chińczyków, którzy na tym zapomnianym przez Buddę końcu świata szukali ucieczki przed nowo nastałą mandżurską dynastą Qing. Wiele lat chińskiego panowania (oraz powstań, buntów i zmieniających się jak w kalejdoskopie gubernatorów) później, w 1895 roku to terytorium przejęli Japończycy, którzy owe dzikie, dziewicze tereny pełne niezbyt przychylnych im ludzi usiłowali ucywilizować i przemienić w spichlerz Cesarstwa Wschodzącego Słońca. O tym cywilizowaniu pisałam - w kwestii Aborygenów tajwańskich - przy okazji innego filmu  TUTAJ >>KLIK<<. Od Japończyków przejęli ją znów Chińczycy, tym razem dla odmiany z Republiki Chińskiej - ale to już osobna historia i osobne filmy...
W każdym razie - wtedy, gdy toczy się akcja "Kano", Tajwan stanowił integralną część Imperium Japonii, dlatego też uczniowie tajwańskich szkół średnich zachęcani byli do grania w rozwijające intelektualnie i ogólnosportowo gry - w tym niezwykle popularny w Japonii baseball. A w razie osiągnięcia imponujących wyników - jak każda szkolna drużyna, mogli wystąpić w mekce i Carnegie Hall oraz  "palancistów" czyli na stadionie Koshien. Ponieważ zaś w tym czasie językiem urzędowym był - niespodzianka - japoński, znakomita większość (jakieś 99%) filmu zawiera dialogi właśnie w tym języku (plus chińskie i angielskie napisy).
Wracając  zatem do Koshien...

Ku rozbawieniu publiki, z szatni w stylu wybitnie rozpaczliwie chaotycznym wypadła w końcu skotłowana grupka, która nawet składnie pod linijkę nie umiała się ustawić, nie wspominając już o synchronicznym ukłonie witającym czcigodną widownię. Kmiociaste wsioki z zakuprza rzecz jasna nie wzbudziły respektu, nie potraktowano ich jako poważnych przeciwników - raz, że wyglądali mocno małomiasteczkowo (jak na drużynę Szkoły Rolniczej przystało), a dwa - wygląd mieli wybitnie skundlony i nie-japoński. Obstawiono, że dostali awans z łaski, albo z dzikiej karty może...

Tak prawdę mówiąc, to jeszcze rok wcześniej sami "studenci" rolniczego liceum w Kagi/Jiayi nie tylko nie wiedzieli, że staną właśnie w tym miejscu, w centrum bejsbolowego uniwersum Japonii - ale gdyby ktokolwiek im powiedział, że tak będzie, wyśmialiby go bezlitośnie. Kano bowiem było drużyną tak dennego poziomu, że nigdy - powtarzam - nigdy do tej pory - nie wygrało żadnego meczu. A prawdopodobieństwo ich najmniejszego zwycięstwa było zbliżone do uzyskania stabilnego poziomu nawodnienia tajwańskiego gruntu - który albo był niemiłosiernie suszony przez palące słońce, albo dla odmiany zalewany tajfunem.

Japończycy w Kagi dokonali dwóch niemożliwych na pozór czynów: zbudowali działający do dziś system irygacyjny Jianan, nawadniający całą równinę wokół miasta (wcześniej wodę na pola ryżowe, rosnące w błotku i kałużach - donoszono na własnych plecach, wiadrami...), a chłopców z najżałośniejszej drużyny bejsbolowej zaprowadzili niemal na szczyt. 
Były trener a potem księgowy - dał się ubłagać fajtłapowatemu nauczycielowi od hodowli papai i wziął w opiekę dziwny zlepek Japończyków, Chińczyków Han i Aborygenów, którzy absolutnie nie umieli grać w bejsbol, i z pomocą buddów (zarówno buddyzm jak i dao są religiami politeistycznymi), treningów motywacyjnych i innych stworzył "od zera do bohatera" drużynę, którą zapamiętano na zawsze... Najciekawsze jest to, że zawodnicy z Kano tak naprawdę początkowo nie byli specjalnie zainteresowani grą w bejsbol, bo ich 'drużynę' w istocie stworzono w ramach klubu sportowego i namiastki WF.
Pomimo kpin ze swoich "kundli" i braku sponsora, trener Kondo nauczył miotacza rzucać z siłą wodospadu, pałkarza - trafiać w piłkę, a biegacza - biegać we właściwym kierunku. A potem, gdy już to opanowali, nic nie stało na przeszkodzie, żeby roznieść w perzynę konkurentów i popłynąć do Japonii, na finały na stadionie Koshien.
W środku - bohater całego filmu, czyli miotacz Wu, Chińczyk. Z prawej i lewej - zawodnicy aborygeńscy.
Czy muszę dodawać, że ciemnoskórzy (bo spaleni słońcem), słabo mówiący po japońsku -ale dający z siebie wszystko zawodnicy wygrali serca publiczności? Nawet nieco sceptycznie nastawionych do "obcych" Japończyków...
Nie wiem, czemu nazywają się tu "Yano", ale wg źródeł to autentyczne zdjęcie drużyny z Koshien.
Wiecie już, skąd papaje w tym cytacie na początku? A gwóźdź? Nie powiem, bo to za duży spoiler :D

Krótki trailer -tu:
Fontanna, którą budowano na suchym jak pieprz rynku Chiayi istnieje i ma się dobrze. Nawet ją nieco odnowiono i udekorowano...Oto foto z gógla mapy.
Dormitorium Szkoły Rolniczej również istnieje, aczkolwiek nie jest już akademikiem - a raczej izbą pamięci. Na podwórku stoi zaś pamiątkowa rzeźba miotacza Wu. Siermiężna trochę, ale co z tego?
Jeżeli chodzi o drużynę Kano:
- Japończycy zgineli podczas wojny, jeden z graczy po wojnie zginął w wypadku samochodowym, pozostali zaś dożyli pieknego wieku. Ostatni z drużyny biorącej udział w Koshien '31 zmarł trzy lata temu.
- Prawie wszyscy zawodnicy z Kano kontynuowali karierę sportową.
- Szkoła z Chiayi brała jeszcze kilkakrotnie udział w rozgrywkach Koshien- ale nigdy nie powtórzyła debiutanckiego sukcesu.

- A teraz popatrzcie na tą papaję. Ma piękne, wielkie owoce. Dokładnie tak, jak wszystkie  dookoła, prawda? A czy widzicie  w jej korzeniach jakiś gwóźdź?
- Nie, nauczycielu! Żadnego gwoździa!
- To mój drugi sekret. Jeżeli posadzisz zwykłą papaję między tymi pięknie owocującymi, to z całych sił będzie starała się im dorównać, aby również zwiększyć swoje szanse na przetrwanie.
(cytat z filmu "Kano")

Niesamowite osiągnięcie zawodników z wioskowej drużyny wpłyneło na rozwój dyscypliny na Tajwanie. Tak naprawdę amerykańsko-japoński importowany sport stał się narodową dyscypliną Tajwańczyków, którzy przez 20 lat rządzili w rozgrywkach tak zwanej "Małej Ligi", regularnie pokonując wszystkich :D A już absolutną legendą stał się zespół "Czerwonych Liści" z małej aborygeńskiej wioski pod Taidong, w którym uczniowie lokalnej podstawówki z braku funduszy w początkowym okresie (czyli pierwszo- i drugoklasiści) trenowali za pomocą... kamyków i kijów bambusowych - bo na regularny sprzęt dla wszystkich nie było pieniędzy. I te dzieciaki, trenujące na klepisku, na bosaka, kamykami i kijkami - pokonały "nieco bardziej" dofinansowaną drużynę japońską, która przez media była typowana na zwycięzcę finałów Małej Ligi w Williamsport, Pennsylvania.... Do tej pory bejsbol jest -drugim po koszykówce - ulubionym i najchętniej oglądanym sportem, wielu graczy z Pięknej Wyspy emigruje do USA i tam ponoć robi zawrotne (albo przyzwoite) kariery.

Sam film to przyzwoita, miła dla oka produkcja, odrobinę przesadnie udramatyzowana w finalnej rozgrywce. Spędziłam trzy godziny bez marudzenia (pomimo zerowej wiedzy w temacie i jeszcze bardziej zerowego zainteresowania bejsbolem) - zatem nie było źle. Fabułę odrobinę naciągnięto dla tak zwanej wymowy symbolicznej, ale odkryłam to dopiero szukając informacji do tego tekstu. Wielkim minusem są  niestety fatalne efekty specjalne (szczęśliwie w niewielkich ilościach) - ale tak naprawdę, pomimo kiepskiej animacji walącej po oczach, nie wpływa to na odbiór całości.
Na plus można poczytać fakt zaangażowania debiutantów na wielkim ekranie - ale za to prawdziwych sportowców.
W głównych bohaterów wcielają się bowiem autentyczni gracze, którzy także musieli pokonać swoje drobne słabości.
Yu-ning Tsao po lewej, po prawej Chin-hung Chen
Miotacz Yu-ning Tsao z uwagi na wizerunek sceniczny nauczył się kontrolować tak zwane "leniwe oko" (całkiem powszechna przypadłość w Azji, gdzie właściwie każdemu oczy się zbiegają lub rozbiegają - co widać zwłaszcza przy graniu na smartfonach lub podczas robienia zdjęć, zresztą nawet na tej fotce też da się zauważyć drobnego zeza) - bo reżyser kazał spoglądać bystro, ostro i drapieżnie i przede wszystkim -prosto... Natomiast odtwarzający pałkarza Chin-hung Chen sprostał nieco bardziej skomplikowanemu wyzwaniu - bowiem, choć z natury leworęczny - na potrzeby roli odbijał piłki prawą ręką, więc musiał od nowa poznać tajniki gry "na odwyrtkę".

Film polecam do obejrzenia rodzinnie w ramach tak zwanego "pozytywnego kina niedzielnego".

Pisząc, korzystałam z:
http://focustaiwan.tw/news/aedu/201403120023.aspx -plotki z planu, ploteczki o aktorach
http://web.pts.org.tw/php/_utility/ehomepage/detail.php?PID=101 - historia tajwańskiego bejsbolu
http://www.culture.tw/index.php?option=com_content&task=view&id=1280&Itemid=157 - o drużynie "Czerwonych Liści" i dziejach Małej Ligi na Tajwanie
http://plogspot101.blogspot.tw/2013/10/la-costa-sports-film-festival.html - o dormitorium Kano
http://okok1111111111.blogspot.tw/2013/04/kano.html - zdjęcia drużyny
http://ablazeimage.com/kano-info/ - więcej informacji o filmie, w tym pominięte przeze mnie detale typu nazwiska aktorów :D





piątek, 11 stycznia 2013

Tajwan pod skrzydłami Chin Ludowych…


Tajwan pod skrzydłami Chin Ludowych…
Ależ Tajwańczycy kochają USA! Jest to dla nich dream land i starają się nasladować Amerykanów we wszystkim – prawie jak u nas za czasów komuny – amerykańskie znaczy dobre…
Po drugie i bardzo ważne: REPUBLIKA CHIŃSKA NIE ROZWIJA SIĘ POD SKRZYDŁAMI CHIŃSKIEJ REPUBLIKI LUDOWEJ!!! Na chwilę obecną te dwa państwa? a raczej ich rządy – ugadały się w sprawie wspólnej polityki zagranicznej i ruchu bezwizowego oraz robienia biznesów – ale to dopiero od jakiś 15 lat Tajwańczycy mogą jeździć do Chin. Wcześniej nie mogli i kropka, bo by ich od razu do paki wsadzono.
Tajwan świetnie się rozwija – podobnie jak Polska – bo w statystykach sąsiadujemy przecież… Bez żartów, w ciągu 20 lat z kraju nieudolnych kopistów i wytwórców kiepskich jakościowo podróbek przekształcił się w Azjatyckiego Tygrysa i mocarstwo Hi-tech.
A skąd pretensje do ONZ w sercach co bardziej świadomych Tajwańczyków? No cóż. USA wyje..ły Tajwan w zadek po całości.Bo to pod naciskiem USA zastapiono jedne Chiny drugimi w Radzie Bezpieczeństwa ONZ. ONZ jest organizacją narodów zjednoczonych z całego świata – więc mały Tajwan/Republika Chińska swe miejsce powinein tam posoadać – choćby dlatego, że znalazło się tam miejsce dla Macedonii (pod nieoficjalną nazwą Była Jugosłowiańska Republika Macedonii, bo Grecy strzelali fochem politycznym) czy krajów typu Samoa lub Suaziland i Sudan Poludniowy, a Kosowo, będące
Za powyższe stwierdzenie rodowity Tajwańczyk obraziłby się potężnie, a Chińczyk poklepał z uznaniem po plecach osobę głoszącą podobne zdanie…
Cała chryja z flagami, z Chińskim Tajpej, z brakiem ambasady Republiki Chińskiej w Polsce i na świecie (jest Biuro Gospodarczo Kulturalne Tajpej, gdzie zamiast konsula/ambasadora urzęduje, jak to w biurze – banda tępych biurokratów) jest dlatego że istnieją dwie Chiny (jakkolwiek dziwnie to nie brzmi), a świat uznaje tylko jedne, te drugie uważając za byt astralny bądź brata Yeti i Sasquatcha… Tajwan określa się jako „zbuntowaną prowincję”, „specjalny obszar celny”, „chińskie Tajpej” i jeszcze kilkoma inwektywami, starannie unikając słowa -kraj, państwo itp.
Powodem jest sytuacja analogiczna do powojennej Polski. Działał już w Warszawie rząd sterowany z Moskwy, z komunistycznym premierem Edwardem Osóbką Morawskim – oraz, w tym samym czasie – na Wyspach Brytyjskich w Londynie urzędował Rząd Polski na Uchodźstwie, będący legalną kontynuacją władz Rzeczpospolitej Polskiej, które we wrześniu 1939 uciekły/zostały ewakuowane za granice kraju.  I kiedy Polska miała podpisać członkostwo w nowoutworzonej wówczas Organizacji Narodów Zjednoczonych – nie bardzo było wiadomo, kto ma ów dokument sygnować – minister warszawski czy londyński, wszak obaj zarzekają się, iż są przedstawicielami jedynej słusznej władzy polskiej…
A teraz, po kolei – wyjaśnienia do komentarza Modliszki (w poprzednim wpisie)
Tajwan świetnie się rozwija pod skrzydłami Chińskiej Republiki Ludowej.
REPUBLIKA CHIŃSKA NIE ROZWIJA SIĘ POD SKRZYDŁAMI CHIŃSKIEJ REPUBLIKI LUDOWEJ!!! Na chwilę obecną te dwa państwa? a raczej ich rządy – ugadały się w sprawie wspólnej polityki zagranicznej i ruchu bezwizowego oraz robienia biznesów – ale to dopiero od jakiś 15 lat Tajwańczycy mogą jeździć do Chin. Wcześniej nie mogli i kropka, bo by ich od razu do paki wsadzono, jako zaplutych karłów reakcji oraz inny szpiegowski element niepatriotyczny.Tajwan świetnie się rozwija – podobnie jak Polska – bo w statystykach sąsiadujemy przecież… Bez żartów, w ciągu 20 lat z kraju nieudolnych kopistów i wytwórców kiepskich jakościowo podróbek przekształcił się w Azjatyckiego Tygrysa i mocarstwo Hi-tech. Ale Chińska Republika Ludowa nie miała z tym nic wspólnego! Nic a nic, może poza daniem mentalnego kopa Tajwańczykom, świadomym utraty swojej bezpiecznej pozycji w świecie na rzecz Chin komunistycznych.
To Tybet, Hongkong i Makao są częściami Chińskiej Republiki Ludowej, choć wolałyby pewnie nie być… Tajwan zaś – pewnie za lat kilkanaście, o ile trend wzrostu potęgi gospodarczej się nie odwróci w jakiś sposób – podzieli los Specjalnych Regionów Autonomicznych…
Wystarczy spojrzeć na statystyki. Statystyki nie kłamią. :) Tajwańczykom, geograficznie historycznie i demograficznie, a także obyczajowo, bliżej jest do Chińczyków i ChRL niestety.
Tajwańczykom geograficznie blisko do Chin, ale historycznie – do Japonii, czy nawet Portugalii i Holandii, bo te właśnie nacje sprawowały władze na wyspie… Ba! Kiedy desant czangkajszekowców pojawił się na Ihla Formosa, będącej przecież terytorium chińskim z dziada pradziada – przeżył szok. Bo rdzenni Chińczycy tajwańscy pomykali w japońskich kimonach i sandałach, mówili w dziwnym języku zbliżonym bardziej do filipińskiego czy japońskiego niż do mandaryńskiego, mieszkali w domach podobnych do tych na przedmieściach Tokio – i ogólnie, nie wyglądali na braci – Chińczyków… A wszystko to po bagatela – 50 latach niezbyt intensywnej japońskiej kolonizacji wyspy.
A obecnie – obecnie Tajwańczycy są bliżsi Ameryce niż Chinom. Ameryka to kraj miodem i mlekiem płynący, kraj wolności i kariery – i Tajwańczycy kochają Amerykę! Noszą amerykańskie buty i ubrania, grają w bejsbol i koszykówkę, oglądają 007 i Przygody Spidermana. A Chiny Ludowe uważają za dzicz. Obyczajowo – są ciągle Azjatami, ale coraz bardziej zwesternizowanymi, niestety. Tracą słodką niewinność oraz konfucjańskie cnoty.
Niewiele ich łączy z Europą, czy Ameryką, prócz stosunków polityczno – gospodarczych oczywiście, więc nie wiem skąd się wzięły pretensje do Organizacji Narodów Zjednoczonych, a tym bardziej do USA?
Stosunki dyplomatyczne jako takie łączą Tajwan z niektórymi krajami afrykańskimi oraz wyspiarskimi państewkami Oceanii. Stosunki gospodarcze to osobna sprawa – bez tajwańskich części stanęłaby produkcja w dużych krajach Europy i Ameryki. Produkcja komputerów, samochodów, telefonów, samolotów i czego-sobie -skomplikowanego -człowiek – nie -wymarzy. Skąd pretensje do Organizacji Narodów Zjednoczonych?  Ano, dlatego, że w jej strukturach znalazło się miejsce dla takich tworów jak potęgą gospodarcza i polityczna typu Kosowo Somalia czy Sudan Południowy, rozległa terytorialnie Palestyna, posiadająca rzecz jasna kompetentny rząd oraz Była Jugosłowiańska Republika Macedonii – bo tak dla niepoznaki ochrzczono Macedonię, kiedy Grecy strzelali focha o kopirajt do nazwy kraju na arenie międzynarodowej. Ale Tajwanu, który spełnia wszelkie kryteria państwowości – nie przemycą, pomimo iż chwilę wcześniej ten sam Tajwan alias Republika Chińska zasiadał jako stały członek w Radzie Bezpieczeństwa - czyli najważniejszym organie ONZ, o największej mocy decyzyjnej! Członków stałych jest 5 – USA, Francja, Wielka Brytania, Rosja i Chiny nr 1 lub 2.
A dlaczego pretensje do USA? Bo wykorzystując Tajwan jako bazę militarną – „niezatapialny lotniskowiec” podczas wojny koreańskiej i wietnamskiej- jednocześnie kombinowali jakby tu się wkręcić w te drugie Chiny. Bo pomimo deklarowanej chęci pomocy demokratycznym krajom – poszli w stronę pospolitego włażenia między skośne pośladki Przewodniczącego Mao. Bo zostawili Tajwańczyków na lodzie, najpierw dając im krzesełko a potem z tego krzesełka wykopując.
Dla Tajwanu uczestnictwo w agendach ONZ czy innych organizacjach międzynarodowych jest kwestią być-albo nie być. Z Chińczykami toczą bezlitosną wojnę na pieniądze pompowane w kraiki afrykańskich kacyków. Bo państwo musi mieć stosunki dyplomatyczne – więc jeżeli zabraknie miejsc z wymienionym ambasadorem, Chiny szybko ze zbuntowanej prowincji zrobią wyspiarski Tybet, albo Xinjiang. Czyli wpadną z wojskiem, nawet jesli kiepsko wyszkolonym poza maszerowaniem -to nadrabiającym liczebnością, i zaprowadzą nowy, czerwony porządek świata.
Moim zdaniem Amerykanie powinni zająć się swoimi problemami, których nie brakuje, a nie bawić się w szeryfa – to tak na marginesie.
Moim też. Problem w tym, że Amerykanie bawią się w szeryfa, bo nikt im nie powie żeby spadali na drzewo… I dlatego uważam też, ze powinni zając stanowisko w sprawie Tajwanu już dawno temu, a nie pozwolić koreańskiemu przydupasowi wielkich Chin marudzić, że Tajwan nie może być w ONZ pod żadnym pozorem (przydupas zowie się Ban Ki-moon i jest Sekretarzem generalnym ONZ, jednym z bardziej ciotowatych zresztą).
Chiny mają gdzieś prawa człowieka i jednostkę jako taką (często o tym wspominałaś), postawiły na państwo, partię i gospodarkę, doszło do tego, że dyktują warunki na arenie międzynarodowej, któż chciałby się im sprzeciwiać, kiedy posiadają najliczniejszą armię na świecie, a ona ciągle się zbroi?
Dla Chińczyka prawa człowieka to abstrakcja… I szczerze mówiąc, uważam ich podejście - najpierw obowiązki, potem ewentualne prawa – za bardzo dobre i zdrowe podejście. Ale ja mam tyrański charakter i niewielką dozę tolerancji dla cfaniakuf pospolitych. Chińczykom na dobre wyszło to, ze nie muszą się użerać z Cyganami, Murzynami, Arabami, uchodźcami i innymi roszczeniowo nastawionymi grupami społecznymi. Może to razić – ale moje zdanie jest takie, że do wielu rzeczy, w tym praw człowieka trzeba dorosnąć. Bo jak się nie dorośnie, to ładuje się w konsekwencji na ekran taka lebiega pedalska alias poseł B. i lamenci, a mnie się nóż w kieszeni otwiera na jego emanujące szeroko roszczeniowe gejostwo… Albo jakiś inny pazerny wsiok, typu „chytra baba”. Chińczycy mają płatną edukację i opiekę zdrowotną, tam każdy wie – chcesz coś mieć, to do roboty.
Co do potęgi militarnej… Ich potęgą jest liczebność. Mają trochę złomowatego sprzętu jeszcze kupionego od PRL i ZSRR, mają trochę swoich podrabianych konstrukcji… na ile dobrych, wypowiadać się nie będę. Chiny nie mają się gdzie zbroić – od czasu masakry na Placu Tiananmen obłożono je embargiem na sprzedaż broni. Trochę kombinują sami – ale z tego kombinowania różne rzeczy wychodzą… Na przykład transmisja rozmów kosmonautów nadana przed ich faktycznym startem…
Drogi czytelniku, jeżeli dotarłeś aż tu – gratuluję ! jesteś na dobrej drodze do zostania członkiem elitarnego klubu NIEWIELU LUDZI ROZRÓŻNIAJĄCYCH TAJLANDIĘ, TAJWAN I CHINY LUDOWE!!!
Dziękuję też za wytrwałość :D
Następny wpis będzie lekki, łatwy, miły i przyjemny :D
Obiecuję!

czwartek, 10 stycznia 2013

O Chińskim Tajpej słów kilka

Albo o tym jak to wielkie potężne, walczące o demokrację Stany wyje..ły na cacy małego sojusznika. I o tym, dlaczego spora większość chińskich bohaterów narodowych to Chińczycy. I dlaczego w Londynie na Igrzyskach była afera z flagą…
Prawdopodobnie każdemu, kto sledził wiadomości podczas letnich Igrzysk Olimpijskich nie tylko pod kątem osiągnięć naszych orłów (Zofia Noceti- Klepacka ostatnio zyskała sporo fanów na Tajwanie, za śliczną buzię, walkę o tytuł pomimo trudności finansowych oraz oddanie medalu ma licytację) – obiła się o uszy sporaśna chryja z chińskim protestem, jakimiśtam flagami itepe.
O co kaman?
Pokrótce o to, że państwo Tajwan nie istnieje. A flaga nieistniejącego państwa, kłując w oczy znienawidzonym słoneczkiem KuoMinTangu – zawisła jak wół wśród licznych proporczyków zdobiących ulice stolicy Wielkiej Brytanii.

Republika Chińska alias Tajwan na wszelkich sportowych i nie tylko sportowych międzynarodowych spotkaniach pojawiać się bowiem nie może, pod rygorem wojny. Drogą ugody, pojawić się może „Chińskie Tajpej”. Flagę po kilku miauknięciach Chińczyków z ChRL zmieniono na taką akceptowalną, a w internecie rozpętała się burza, o temperaturze znacznie podniesionej gorączką męskich serc – gdy pewna tajwańska modelka w ramach poparcia swojej reprezentacji i swojej flagi opublikowała na fejsbuku swoje słowa poparcia nagryzmolone na gołym ciele, okrytym tylko sztandarkiem, będącym kością niezgody.
Na zdjęciu -z prawej kwiatuszek „Chinese Taipei Province”, oraz po lewej Huang Shi Ting odziana w barwy narodowe oraz napis Taiwan Jiayou, czyli – naprzód Tajwanie! Do boju! Widać różnicę?
No dobra, a skąd cała ta historia, przecież Chińskie Tajpej istnieje od dawien dawna, jest starsze ode mnie nawet, hu hu?
Nadszedł więc czas na część drugą wykładu o historii pieknej wyspy. Tej powojennej, potwierdzających moją tezę, iż mała wyspa ma konkretnie przechlapane… Najpierw wyspa Tajwan była czymś w rodzaju zsyłkowni dla niemile widzianych praz niebezpiecznych i nieakceptowanych społecznie obywateli Państwa Środka, konkretnym zakuprzem, takim,że dalej już się nie da. Potem stała się rolniczym rezerwuarem Japonii, źródłem drewna, papieru, bananów oraz płótna, ewentualnie jeszcze zapasu poborowych. Tymczasem za burzliwymi wodami Cieśniny Tajwańskiej, na kontynencie – działy się rzeczy niesłychane.
Najpierw przegrana wojna z Japończykami i Koreą obnażyła bezlitośnie agonalny stan imperium pod rządami mandżurskiej dynastii Qingów (w wyniku traktatu pokojowego kończącego tę wojnę wyspa Tajwan wraz z mieszkańcami przeszła w zwinne rączki Japończyków). Coraz większym poparciem zaczęli cieszyć się socjaliści i ich partia KuoMinTang oraz SunYatSen, którzy doprowadzili do powstania Republiki Chińskiej, oraz zdetronizowania ostatniego cesarza Puyi (który tego jakiś specjalnie nie odczuł, gdyż w momencie utraty władzy bardziej zajmowała go utrata grzechotek i koników, jak każdego kilkulatka).
Mamy więc REPUBLIKĘ CHIŃSKĄ, zlokalizowaną na części terytorium obecnych Chin… Którą, po śmierci SunYatSena zarządzał ojciec narodu CzangKaiSzek, najpierw posiłkując się socjalizmem radzieckim oraz antyjapońskimi działaniami USA. Zarządzał tak udatnie, że szybko urosła mu socjalistyczna konkurencja niejakiego Mao, z którym za łby się brali dosyć konkretnie, pałając do siebie wielką nienawiścią dwojga dyktatorów- zamordystów i socjopatów. Czanga nie lubię na równi z Mao, i uważam że siebie warci byli, ale na Tajwanie muszę uważać, bo KMT jest obecnie u władzy, po raz kolejny.
Skrótowo – Republika Chińska istnieje i znajduje się – jak sama nazwa wskazuje – w Chinach. Ale… toczy się wojna. Najpierw amerykańsko-japońska, a potem – na bazie zamieszania po starciu Kraju Flagi Gwiaździsto-Pasiastej z Krajem Wschodzącego Słońca, także chińsko-chińska, bowiem po krótkim okresie zjednoczenia sił przeciwko złym skośnookim najeźdźcom w kimonkach – rozpoczęło się skakanie do gardeł wzajemne, w nadziei na nachapanie się czegokolwiek. Niebawem marzący o potędze własnej Towarzysz Mao powrócił na radzieckich czołgach z wyprawy edukacyjno-szkoleniowej do Moskwy, i zaczął po kawałku przejmować torcik CzangKajSzeka. Ten ostatni narobił sobie wrogów dosłownie wszędzie – wśród ludu tępionego i łupionego na wyszukanych sposobów sto i jeszcze dwa, wśród Amerykanów, którzy nie mogli się nadziwić temu, w jakiej skali i tempie znika olbrzymia pomoc finansowo-materiałowa, jaką wysyłają do walki z czerwoną stonką komunizmu wojującego.Nawet członkowie i współpracownicy z partii mieli dość CzangKajSzeka. No i na Tajwanie też go nie lubili, bo tępił jak mógł ludność rdzenną pięknej wyspy – i to nie tylko Aborygenów mieszkających w lasach, ale i tych, co z Chin kontynentalnych wywodzili się.
Nie zdziwi nikogo zatem fakt, że inwazja braci socjalistów i Ochotniczej Armii Narodowo Wyzwoleńczej posuwała się szybko i skutecznie. Na tyle szybko i skutecznie, że w 1949 Mao sterczał na trybunie honorowej w Pekinie, proklamując utworzenie Chińskiej Republiki Ludowej – a Czang Kaj Szek na plaży z wielkim zdziwieniem konstatował – iż zaiste, nie ma którędy spier..alać. Cóż zatem pozostało łysemu dyktatorowi z wąsem? Ano, wraz z dwoma milionami najbliższych współpracowników rąbneli wszelkie dostępne jednostki pływające i ruszyli na wschód…
Najpierw na Wyspy Kinmen/Jinmen, a potem – na Piękną Wyspę Formozę, zwaną też Tajwanem. I tam – na złość wstrętnemu złośliwemu Mao, też proklamowali swoją własną Republikę Chińską, tymczasowo przeniesiona na Tajwan i czekającą na odzyskanie reszty Chin. I gdyby ktoś miał wątpliwość – jest to stara, ale pełna i obowiązująca nie tak dawno nazwa kraju, w którym księżniczka Majia zgłębia tajniki jedzenia ryżu pałeczkami. Wyjaśniło się, czemu państwo Tajwan nie istnieje?
Teraz odrobinę bardziej skomplikowanie, bo wchodzimy na grząskie grunty dysput prawniczo-politycznych… Na złość Mao, popierany przez Amerykanów wujaszek Czang sporządził jeden niewielki, ale brzemienny w skutkach zapis, zwany jako polityka jednych Chin. Oznaczało to ni mniej ni więcej – kto nie z nami, ten przeciwko nam, a w praktyce polegało na określeniu się co do politycznego poparcia. Jeżeli dany kraj popiera Chiny Ludowe poprzez nawiązanie z nimi stosunków dyplomatycznych – to nie może ich nawiązac równolegle z Tajwanem/Republiką Chińską, i vice versa. I było dobrze, ba - pięknie. ROC/Tajwan był jednym z członków Rady Bezpieczeństwa ONZ, kraje spoza bloku komunistycznego deklarowały pomoc i współpracę, kwiaty, konfetti, serpentyny…
Aż w latach 70 Forrest Gump wytachał z wody jednego dziarskiego staruszka, co sie w wielkiej rzece topił, i los Kraju na Pięknej Wyspie się odmienił, i to paskudnie. A poważnie, za mocy dyplomacji pingpongowej i innych ruchów ambasadorów i szpiegów wszelkiej maści, USA zaprzyjaźniły się z ChRL. Na tyle blisko się zaprzyjaźniły, że – Tajwańczyków wykopano z Rady Bezpieczeństwa i całego ONZ, odmówiono im sprzedaży uzbrojenia, amunicji i nawet technologii (w tym technologii broni nuklearnej, o której przyznanie zabiegali od dawna, dla wyrównania szans w ewentualnym starciu z Koreą Północną i w razie agresji ChRL) i ogólnie się na nich wypięto. Republikę Chińską jako państwo niepodległe i suwerenne, z nawiązanymi stosunkami dyplomatycznymi i wymianą ambasadorów etc – uznaje około 20 krajów, głównie w zabitej dechami Afryce lub wyspach Oceanii…
No to dochodzimy do klu, czyli flagi. Chińczycy startują w rytm Marsza Ochotników, pod flagą czerwoną jak serce komunisty, zdobną w 5 gwiazd symbolizujących 4 filary socjalizmu i Towarzysza Mao.

A Tajwańczycy pod swoją, czerwoną z białym słoneczkiem Kuomingtangu na granatowym tle, śpiewając pierwsze słowa najważniejszego dzieła SunYatSena o trzech zasadach ludowych.
Przy czym KuoMinTang i SunYatSen wraz Wujaszkiem Czangiem po socjalistycznej stronie kanału uchodzą za samca-twego wroga, i publiczne wysłuchanie zbrodniczej pieśni o * nacjonalizmie/zjednoczeniu, * demokracji *dobrobycie, nie mówiąc już o patrzeniu na flagę złowrogiej ciemnej/granatowej strony Mocy grozi szybkim włączeniem w pulę dobrowolnego dawcy organów dla potrzebujących białasów ze zgniłego zachodu…
Więc co zrobić? Ano, niech Republika Chińska nie startuje jako Republika Chińska! Tylko jako osobna prowincja, Chińskie Tajpej. Bo „Osobny Obszar Celny Wysp Tajwan Penghu, Kinmen i Matsu”, czyli nomenklatura stosowana przez WTO, to za długie i skomplikowane… Niech zatem na wszelkich zawodach sportowych Tajwańczycy machają chorągiewkami białymi z kwiatkiem, obowiązkowo „Made in China”, dodatnie wpływając na rozwój chińskiego rękodzieła…
A teraz o bohaterach narodowych. To Chińczycy. No tak. Ale i nie Chińczycy, bo mieszkający na Tajwanie. Starsze pokolenie (dziadków i pradziadków), to które przybyło w latach 40 na wyspę - będzie podkreślało swoją chińskie i tymczasowość pobytu. Ale młodsi – oni są Tajwańczykami, kropka. Aczkolwiek odnoszącymi się ze sporym szacunkiem do pokręconej historii własnego kraju (trochę mniejszym do Wujcia Czanga, przynajmniej tu, na anty-kuomintangowskim południu)
Flaga Birmy (stara)
PS. Na mecze reprezentacji Tajwańczycy wnoszą flagę birmańską (starą, w 2010 bowiem zmieniono wzór barw narodowych Birmy/Myanmy, na co straszliwie narzekali obywatele tego kraju - dyskusja TU >>KLIK<<) – nią powiewaja, bo jest całkiem do tajwańskiej podobna, też czerwona, w lewym górnym rogu granatowy prostokąt z białym „czymś”. Nie będą przecież nabijać kabzy komunistom i przyjmować ich zasad…

czwartek, 11 października 2012

Dzień Podwójnej Dziesiątki jako wstęp do krótkiej historii Tajwanu


Wolny dzień tak zwanej podwójnej dziesiątki (10.10) postanowiłam wykorzystać na turystykę. Podobnie jak milion Tajwańczyków, cieszących się z dnia bez pracy i chcących właśnie wtedy nadrobić zaległości krajoznawcze.

Wraz z ekipą polsko- tajwańskich turystów (brzmi szumnie, a była nas tylko trójka – ja, TangXin pochodząca z tajwańskich wysp Penghu i trzeci Polak w Wendzarni, ksiądz Tomasz) udałam się do miasta reklamowanego jako „tu zaczął się Tajwan”, dawnej stolicy czyli Tajnanu.
Tainan jest najstarszym miastem na tej wyspie, starszym niż państwo znane jako Republika Chińska alias Tajwan (obecnie mamy rok 101 republiki), zbudowany został przez Holendrów … Właściwie nie tyle Holendrzy zbudowali miasto, co 2 forty, obstawiające trasę ku Chinom i broniące tejże trasy przed Hiszpanami, którzy przypłynęli na wyspę z Ameryki Środkowej, a potem skierowali się w dół, na Filipiny.
W telegraficznym skrócie – Tajwan ma cholernie i wyjątkowo skomplikowaną historię, ja oganiam ją słabo, a podejrzewam, że miejscowi też mają problem… Bo było to tak:
  • w Wielkich Chinach od chińskiego muru żyli sobie Chińczycy i w szerokim poważaniu mieli kolonizację tych wysp,wiedzieli że są, ale po co tam się udawać skoro to dzicz i w ogóle?
  • W dziczy z kolei żyli sobie rdzenni mieszkańcy czyli Aborygeni, spokrewnieni z Maorysami,a nie Chińczykami. Różnica widoczna od razu – mają inne rysy twarzy, ciemniejszą karnację, czasem kręcone włosy… i mają też normalne, okrągłe oczy, bez tej azjatyckiej „fałdy mongolskiej” czyli opadającej, dodatkowej powieki. I mają wyczucie rytmu, umieją tańczyć… 
  • Wyspę Maorysów minęli odkrywcy hiszpańscy, w drodze z Nikaragui/Panamy etc, próbujący po opłynięciu Ameryk wrócić inną trasą niż wokół Afryki. Legenda mówi, że właśnie wtedy Tajwan ochrzczono „Formozą”(ta nazwa utrzymała się do chyba początków XX wieku), a dokonał tego żeglarz hiszpański/portugalski/holenderski, który ujrzawszy bujne kwiecie porastające brzegi, zwierzęta, motyle, ptaki i rajski krajobraz wykrzyknął zachwycony – Ihla Formosa/Piękna wyspa…). 
  • Po Hiszpanach dołączyli Holendrzy z potężnej Holenderskiej Kompanii Wschodnioindyskiej, którzy walcząc z konkurencją do podziału tortu porcelanowo/herbaciano/egzotyczno-towarowego zbudowali forty i kilkadziesiąt lat utrzymali się u władzy na pięknej wyspie, nawracając Aborygenów. Stąd tradycyjnie Aborygeni zamiast praktykować jakieś szamańskie wierzenia, są chrześcijanami. Nawet nie wiem czy nie katolikami ( bo tak naprawdę, chrześcijanie na Tajwanie to niezły miszmasz, z mormonami i zielonoświątowcami oraz świadkami Jehowy łącznie, a to co normalniejsze katolickie grupy religijne tutaj)… 
  • Holendrzy trzymali się mocno, póki w dużych Chinach nie doszło do zmiany dynastii. Co samo w sobie nie miało wielkiego wpływu na oddzieloną od Imperium Środka bardzo niebezpiecznym kanałem wyspę, ale… Problem pojawił się w osobie pewnego pana zwanego Koxinga, który od obejmujących władzę Mandżurów/Qingów zdecydowanie wolał usuniętą z tronu dynastię Ming. I pomimo, że cała jego rodzina poparła Qingów, ten jakoś zdzierżyć ich nie mógł, i zwalczał skutecznie i krwawo. Jednakowoż po kilku latach wzajemnego tłuczenia się z regularną armią doszedł do wniosku, że nic tu już po nim – i dokonał taktycznego odwrotu najpierw na wyspy Kinmen (gdzie dla upamiętnienia jego postaci kolejna fala uchodźców z Kontynentu wystawiła mu monumentalny pomnik,smętnie gapiący się w stronę Chin), a potem na wyspę Tajwan, którą wyzwolił spod ohydnego jarzma białoskórej niewoli, zdobył fort Anping i przyjął kapitulację Holendrów. W każdej tajwańskiej książce do hisorii znajdzie się obrazek z podpisania aktu akpitulacji. Mnie z lekka zdziwiła proporcja wzajemnej wielkości Chińczyków i Holendrów – którzy słyną jako najroślejsza nacja w Europie. A tu niespodzianka – Koxinga z dworzaninami przerastali ich o co najmniej 2 głowy. W porównaniu z obecnym rozmiarem standardowego Chińczyka/Tajwańczyka można stwierdzić:A) scherlenie i skarlenie tak doskonałej rasy, pewnie na skutek komunistycznych/imperialistycznych zagrywek (wersja kto ich tak truje zależy od położenia po odpowiedniej stronie Cieśniny TajwańskiejB) wybujałą wyobraźnię i/lub poważną wadę wzroku artysty dokonującego wzorcowego opracowania tematu i będącego naocznym świadkiem upokorzenia Długonosych, Długobrodych i ogólnie paskudnych najeźdźców.
  • Potem na Tajwanie wiele się nie działo, funkcjonował jako synonim zadupia i ewentualnie kolonii karnej. Jakoś mieszkańcy Tajwanu wzorem Koxingi, nie kochali usiłujących nimi rządzić Mandżurów, i organizowali im rozrywki : 三年一反、五年一亂 czyli, co 3 lata powstanie, co 5 lat bunt. Ci na kontynencie żyli sobie, ci na wyspie sobie, i wszystkim się podobało, przez najbliższe 250 lat. Co ciekawe, pod koniec tego okresu Tajwan był uznawany za najbardziej rozwiniętą prowincję, bo posiadał 1 pocztę (jedną jedyną w caaaaaałych Chinach) oraz tory kolejowe, zbudowane wyłącznie przez Chińczyków 
  • Następnie niestety – przyszła wojna japońsko-chińska, czyli rosnące w siłę Imperium Kwitnącej Wiśni poszukujące większej przestrzeni życiowej obiło przysłowiowy zadek podupadającemu Państwu Środka, wyniszczonemu miedzy innymi brytyjskimi, francuskimi i rosyjskimi rękami (Amerykanie też chyba coś od siebie dołożyli…), summa summarum Wyspa Tajwan została na mocy traktatu z Shimonoseki przyznana Japończykom, którzy zostali tam na następne 50 lat. Stąd na Tajwanie popularność sushi, sporo budynków w japońskim stylu, oraz powszechna, zwłaszcza wśród starszych osób, znajomość mowy kamikaze i gejsz. Japończycy rozbudowali nieco infrastrukturę, uczynili z wyspy centrum produkcji rolniczo- włókienniczo- papierniczej, nauczyli też miejscowych zachwytu nad sakurą (była nawet taka kolejka, właśnie przez Japończyków zbudowana, która jechała przez dolinę malowniczo porośnięta posadzonymi wzdłuż torów drzewami wiśniowymi, niestety – ostatni tajfun/trzęsienie ziemi kolejkę uszkodziły nieodwracalnie). Podczas II wojny Tajwańczycy kibicowali Cesarzowi Hirohito, walczyli po ciemnej stronie mocy i ogólnie mocno nimi wstrząsnęło zakończenie II WŚ, gdy w ramach traktatów pokojowych ich piękna wyspa została po raz kolejny przekazana, tym razem Chinom  
  • Chiny wówczas nie były tymi Chinami od Towarzysza Mao… Były rządzone przez popieraną przez USA,  cywilizowaną partię KuoMinTang, a towarzysz Mao właśnie wracał na ruskich czołgach z pobierania nauk odnośnie propagandy w Moskwie… Albo i nie, dość, że pod jego wodzą rozgoryczeni swoim ubóstwem chłopi i inni robotnicy ruszyli do walki z łapówkarzami i malwersantami z KMT. I tak pomału, pomału wspomagani przez bratnią pomoc z Sajuza, zaczęli spychać zwolenników Czang Kaj Szeka (bo zwolennicy przehulali sporą część amerykańskiej pomocy antykomunistycznej na tzw „korzyści własne”, więc na dozborojenie już nie starczyło) w kierunku morza, skąd w 1949 ci ostatni na łódkach zwiali resztkami sił na Tajwan. Byliby komuniści pogonili i tam, ale tak wyszło, że akurat marynarki wojennej jeszcze nie mieli, łódki zabrali podli reakcjoniści i burżuje, a wpław się bali.I tak oto ukonstytuował się paradoksalny układ – czyli mamy Chiny I i Chiny II, obie twierdzące, że są ważne i jedyne a te drugie to uzurpatorzy… O tym jak Tajwan brzydko mówiąc wychu…ano w minionym 50leciu napiszę kiedy indziej.
A teraz – dlaczego dzień podwójnej dziesiątki jest akurat najlepszy do wykładu z historii? Bo tak!!!
10.10 to dzień uznawany za początek 101-letniej już Republiki Chińskiej, tymczasowo zlokalizowanej na Tajwanie.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...