Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Irek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Irek. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 7 sierpnia 2014

Mój kolega Irek - okruchy tajwańskich wspomnień

Do ogólnokrajowych katastrof tajwańskich dołączyła prywatna. O ile rozbity samolot czy wybuch gazu pociągnęły za sobą kilkadziesiąt ofiar śmiertelnych i kilkaset rannych, w tej poszkodowana została tylko jedna osoba. Niby nic wobec skali poprzednich wypadków - gdyby nie taki drobiazg. To był mój kolega - Irek.

Zaczęło się niewinnie, od wiadomości na grupie dla Polaków na Tajwanie, gdzie ktoś zapytał o potwierdzenie co stało się z Irkiem. Znając Irka, sądziłam że został przyłapany na nielegalnej pracy i grozi mu deportacja - ale nie. Szybko wyprowadzono mnie z błędu, uczynnie wysyłając link do wiadomości w tajwańskim tabloidzie. Już nie mogłam mieć wątpliwości...
Chińskie literki skakały mi przez oczami, patrzyłam na nie, czytałam głośno sylabizująć - ale znaczenie mi umykało. Jeszcze raz, 30 letni Polak, morze, skały, fala, helikopter, 3 godziny, przyjaciele, pogotowie...  Znaki znów zaczęły być zrozumiałe, układać się w smutną historię. Włączył się filmik - montaż nagrań ze smartfonów, wykonanych przez licznie zgromadzonych na plaży. Moja czarna plaża, na której spędziłam tyle ciepłych popołudni; panorama linii brzegowej urozmaiconej potężnymi głazami, gdzie w słoneczne dni obserwowałam płochliwe kraby; zamglone niebo pełne chmur i wzburzony ocean z niewielkimi falami - aczkolwiek "bąblującymi", z białymi grzwami. Pełno ludzi, z aparatami, komórkami, uciekających przed obiektywami innych, wpatrujących się w morze. Straż Przybrzeżna w pomarańczowych mundurach patrolująca skały. Czerwono-biały Eurocopter wiszący nad wodą i wracający - z ratownikiem podczepionym do liny. Zbliżenie na ratownika podtrzymującego wiotkie, bezwładnie wiszące ciało zawieszone w pętli ratowniczej, potężne ramiona z zawsze wyraźnie zaznaczonymi splotami mięśni - zwisające bez sił, smutno pochylona głowa. 
Nie takiego Irka znałam, nie takiego go pamiętam.

Irka poznałam 2 lata temu, gdy spełniając marzenie o lepszym życiu przyleciał na Tajwan z misją znalezienia pracy jako doskonale opłacany nauczyciel angielskiego o białej twarzy - tak jak wcześniej realizowało się tu zawodowo wielu Polaków. 

 Oprócz tego chciał doskonalić swoje kung-fu w kolebce tradycyjnych sztuk walki, mieć szkołę Wing Chun ( w Polsce osiągnął status szifu, czyli mistrza), oraz podróżować po krajach pełnych giętkich palm i pięknych plaż.



Nie było łatwo, ale Irek nie poddał się - codziennie mozolnie ćwiczył angielski, by z poziomu "dukacz średnio-polski" przenieść się w bardziej adekwatne dla nauczyciela rejony znajomości języka wykładanego.  Upór i determinacja Irka zawsze mi imponowały. 

Na swoim wielkim skuterze Irek zjeździł cały Tajwan wzdłuż i wszerz, niejednokrotnie odwiedzając miejsca, o których nawet lokalsi nie słyszeli. Szczególnie fascynowały go góry, oraz okoliczne wioski zamieszkane przez mniejszość Hakka, pochodzącą z prowincji Fukien. Twierdził, że kojarzą mu się z jednym filmów z Brucem Lee, gdzie główny bohater dochodził do siebie w zagubionej wśród ryżowych pół maleńkiej osadzie - i sam w takim otoczeniu szukał wytchnienia i harmonii.



Ku zdziwieniu (i radości) wszystkich, którzy pamiętali jego ciężkie początki w roli bramkarza w lokalnym barze dla obcokrajowców - dostał rewelacyjną pracę w sieciowej szkole językowej, znalazł mieszkanie z basenem, kupił wielki skuter, którym zjeździł Tajwan wzdłuż i wszerz, odwiedził większość krajów Azji Południowo-Wschodniej. 
Nie byliśmy najbliższymi przyjaciółmi, ale spotykaliśmy się regularnie. Zazwyczaj mieliśmy odmienne zdania na każdy temat („Irek, jak ty możesz jeść te rybne pulpety, one są takie ble!” – „E tam, jak patrzę na te łobślizgłe krewetki na twoim talerzu, to już mam alergię, gorszą niż na warzywa”), ale i sporo wspólnych przeżyć i przepysznych chwil spędzonych w rozmaitych zakątkach Tajwanu i w czeluściach tajwańskich jadłodajni.

Pojechał na wycieczkę śladami swojego idola Bruce Lee, karmił tajskie tygrysy, pływał w filipińskim morzu, jadł japońskie suszi tuż obok japońskiej świątyni w wielkim Tokio.

Spełniał swoje marzenia, i żył tak, jak w Polsce nie mógł - spokojnie, wesoło, kolorowo. Wielokrotnie mówił, że Tajwan to jego raj i miejsce na ziemi,  że tu odnalazł równowagę. Zakochał się w Pięknej Wyspie, tu chciał się osiedlić i umrzeć.

Wierzę, że spełnił swoje azjatyckie marzenia, i chcę wierzyć, że umarł szczęśliwy. I takiego go pamiętam - skaczącego z falami, przygadującego się z Chińczykami i cieszącego się z każdego dnia. Szczęśliwego z drobnych konwersacji z tajwańskimi babciami, zachwyconych jego chińskim, poprawiającym się również z dnia na dzień.

Niestety - wypadek podczas kąpieli w morzu przerwał to wszystko. 

Pozostały kwestie smutne, przyziemne i praktyczne. Wraz z innymi znajomymi Irka chcemy pomóc jego rodzinie - a właściwie mamie - pokryć koszty związane z jego śmiercią. Niestety, trzeba zapłacić olbrzymi rachunek za akcję ratunkowo-poszukiwawczą Straży Przybrzeżnej, za kremację i wystawienie wszelkich dokumentów z tym związanych oraz za bilet dla jego mamy by mogła go pożegnać. Najbliższy przyjaciel Irka udostępnił swoje polskie konto - szczególy są na moim profilu FB (>>KLIK<<). Gdyby ktoś chciał wspomóc rodzinę Irka nawet drobną kwotą, będę wdzięczna. Każdy grosz się liczy.

Jeszcze jedno - do znajomych Irka.
Otagowałam wszytskie wpisy, w których się pojawił Irek Szifu etykietą "Irek". Jeżeli klikniecie na niebieski napis pod tym wpisem - wyświetlą się one wszytskie. Część z nich może być wam znana, bo Irek udostępniał je u siebie na FB - ale zawsze będzie wam łatwiej znaleźć Irkowe historie z Tajwanu, zamiast przebijać się przez całość mojego dosyć obszernego bloga.


piątek, 2 maja 2014

Kąpiel w górskim wodospadzie - gdzieś pomiędzy Qishan i Alishan

Kiedy mignęły mi zdjęcia Irka sobotniej wycieczki gdzieś w Tajwan - postanowiłam, że też tam muszę być. Prosiłam, błagałam, marudziłam, nakłaniałam i negocjowałam - aż w końcu skusiłam Irka obietnicą zakupienia mu kolorowych kredek, ale takich żeby wszyscy jego uczniowie pozielenieli z zazdrości.
Zatem skompletowaliśmy załogę na sobotni wypad, obudziliśmy odsypiającego ciężki tydzień w pracy Irka -przewodnika, i ruszyliśmy - ja, Max, mój szkolny kolega Brendon i jego dziewczyna Phoebe oraz kolega Brendona o nieustalonym imieniu na literę H, które powtórzył kilka razy - ale jakoś nikt z nas nie zakodował, więc roboczo zwaliśmy go "H-człowiekiem". Po krótkim acz solidnym wykładzie motywacyjnym Ireneusza na temat prędkości poruszania się po trasie  -ruszyliśmy z kopyta przez wsiowe suburbia Kaohsiung, gdzie policja akurat kryjąc się w krzakach urządziła łapankę w stylu "Z kamerą koło autostrady". Ponieważ chyba żaden obcokrajowiec (poza tym zasiedziałymi od lat, albo tymi z Tajpej, gdzie jest to dokładniej kontrolowane) nie posiada lokalnego prawa jazdy i skutera zarejestrowanego na siebie - zwyczajnie można to było olać i cisnąć dalej w tajwańskim stylu - czyli wyprzedzając z obu stron, wciskając się slalomem pomiędzy betoniarki, ciężarówki i samochody jadąc w formalnej jedynie bliskości "wydzielonego pasa dla skuterów". 
Minęliśmy wybudowaną przez rząd wioskę dla plemion aborygeńskich poszkodowanych przez tajfun Morakot - gdzie obowiązkowo przeniesiono członków kilku szczepów po tym jak ich domostwa w górach zostały zmyte przez lawiny błotne lub odcięte od reszty świata w wyniku zniszczeń, po czym teren zaczął się wznosić, a okolice pobocza - wyludniać i pustoszeć z domów, psów, skuterów, rowerów, dzieci i śmieci.
Widać było też coraz więcej zniszczeń, ciągle usuwanych i łatanych (od 5 lat) - mostów i dróg, wzmacnianych zboczy, nowobudowanych grobli i tam. Gdzieś w oddali zamajaczył ośrodek Góry Prawdziwego Błogosławieństwa prowadzony przez filipińskie zakonnice, który odwiedziłam na zaproszenie mojej dawnej koleżanki z kursu chińskiego - siostry Vicky Chang Coco (relacja TU), przejechaliśmy też przez most, który wciąż był odnawiany, wzmacniany i poszerzany - po tym jak uderzenie tajfunu Morakot zmieniło leniwy strumyk sączący się 20 m niżej w rozszalały żywioł, który most nad strumykiem po prostu zmielił i zostawił tylko nędzne żelbetowe resztki - użytkowane wahadłowo przez samochody jadące w obie strony.
Gdy tyłek zdrętwiał mi w sposób już dawno nie notowany (chyba od czasu sylwestrowej wycieczki w gorące źródła, >>KLIK<<), Brendon zatrzymał się ni stąd ni z zowąd, aby zasięgnąć porady w kwestii położenia najbliższej stacji benzynowej, albowiem wskaźnik paliwa zatrzymał się na zerze i pomimo hopków i wertepów - nie chciał drgnąć w bardziej optymistycznym kierunku. Nasze bagaże zawierały wiele ciekawych przedmiotów przedmiotów podstawowego użytku, między innymi fajerwerki, płyn na komary, żel do włosów, podpałkę do grilla - ale nie etylinę 95 niestety, a Brendon nie był skłonny do eksperymentów z petardami w roli dopalacza... 
Zatem zdecydowaliśmy się na roszadę. Phoebe trafiła za plecki człowieka H, na jego skuter z wyjącą turbiną znamionującą gotowość do lotu koszącego, ja zostałam przeniesiona na wielki skuter Irka- robiąc miejsce Brendonowi. Rozsiadłam się na podwyższonej kanapie Irkowego krążownika ... i obudził sie we mnie duch blachary, nadeszło oświecenie i pełne zrozumienie dla tak krytykowanej postawy dziewcząt i kobiet zwracających wielką uwagę na to, czym porusza się potencjalny wybranek, i ignorujących właścicieli poczciwych punciaków na rzecz kierowców krążowników szos nieco lepszego gabarytu.
Siedziałam zatem rozparta niczym królowa w lektyce, z wysoka patrząc na świat, owiewana wiatrem działającym lepiej niż wachlarze z pawich piór w rekach umięśnionych murzyńskich niewolników, a droga wiła się jak wąż z epilepsją.
Po z lekka traumatyzującym minięciu się z kierowcami sporych ciężarówek dowożących gruz i kamienie do umocniania nasypów pod pobliskie budowy i z racji tego w czym siedzą czujących się królami szos, pobudzonych przeżuwanym betelem i jeżdżących absolutnie po tajwańsku - dojechaliśmy.
Stanęliśmy przy w naprędce skleconym kioseczku z grillem, napitkami i przekąskami (znak popularności miejscówki), i ruszyliśmy w dół za Irkiem. Po pokonaniu bambusowego lasku i porządnie nachylonego zbocza pokrytego suchym listowiem - stanęliśmy przy przeszkodzie numer jeden, czyli typowo chińskawym, bambusowym mosteczku z pniaków spiętych drutem.

Bambus, pomimo swego niewielkiego ciężaru - jest bardzo giętkim i wytrzymałym surowcem. Drągi grubości mojego ramienia - owszem, trzeszczały i uginały się - ale wytrzymały deptanie i skakanie miliona wędrowców (w tym kretynów z Ameryki, którzy lubią wszystko niszczyć, takich jak Człowiek H), i pokuszę się o hipotezę, że wytrzymają kolejne trzy miliony tuptaczy pospolitych.

Wkroczyliśmy na spękane błocko, porośnięte z nierównomiernie zielonymi kępkami czegoś, co wyglądało jak szansa na choinkę, a czego jeszcze dwa tygodnie wcześniej (za pierwszej bytności Irka) nie było.

Byliśmy ostrzeżeni o konieczności trzmania się szlaku, bo bokiem można się solidnie zapaść, ale szybko okazało się, że ziemia już wyschła na wiór. 
Fakt, znalazłam kilka solidnie podmokłych miejsc, gdzie glina elastycznie się uginała, trzęsąc się niczym gęsty budyń - ale nie wsysała ofiary niczym trzęsawisko, ot po prostu -  deptało się ultrakomfortowo, jak po łóżku wodnym wysokiej klasy, a w miękkim szlamie odciskał się ślad stopy, który wypełniał się wodą.
W końcu czując się jak eksploratorzy na Marsie i prowadząc arcyciekawe dialogi o cute i pedalstwie - dotarliśmy do zbocza góry, ukrytego za zakrętem.
Irek i Max świetnie odnaleźli się w temacie "its OK to be gay", idąc między nimi doświadczyłam straszliwej alienacji i ignorowania mej żeńskiej osoby, za to dowiedziałam się - bezczelnie podsłuchując - wielu bezcennych wiadomości z zakresu stylizacji i fryzjerstwa oraz pokrewnych. 
Nie do końca ugłaskało to mą samiczą dumę urażoną w samą miękką d..ę, więc zaczęłam robić zdjęcia, mało przy tym nie klapiąc widowiskowo na schabiki swe - bo  półokrągłe ściany wąwozu, pokryte pasiastym deseniem podkreślającym jeszcze obłość i miękko"płynące" kształty powodują zawroty głowy przy spoglądaniu w górę.

To miejsce powstało " z niczego" - w wyniku silnego trzęsienia ziemi (prawdopodobnie tego z 1999 r) góra się "rozlazła", a intensywne coroczne opady i supertajfun Morakot dopełniły dzieła, tworząc "mniejszego braciszka Wąwozu Taroko". Na zdjęciu widać zresztą oznaczony przeze mnie biały ślad, pozostawiony przez pełną osadów wezbraną wodę.



Wąwóz robi niesamowite wrażenie - zwężające się ku górze ściany nieregularnie pofałdowane w miękkie kamienne falbany, dno pokryte białymi/jasnoszarymi otoczakami różnej wielkości, po których trzeba kicać. Do tego echo (odpowiadające jak w tym kawale -rwa mać, rwa mać) roznoszące się pośród wysokich na kilkanaście metrów zboczy, oberwane kawały skał - o regularnych, kubistycznych kształtach i wyłaniające się zza licznych zakrętów nowe atrakcje...


W niewielkich oczkach krystalicznie przejrzystej wody szybko wypatrzyliśmy "krewetki rzeczne" oraz mniejsze i większe rybki, po kamieniach spacerowały dostojnie pająki, polujące na wszędobylskie i dekoracyjne ważki oraz motyle, a nad naszymi głowami śmigały jaskółki i nietoperze.
Wąwóz kończył się ślepo, ale spektakularnie - wodospadem, nad którym utkwił wciśnięty między sklane ściany wielki kamień.
Wokół rozpościerało się rumowisko kanciastych kamieni, wielkich jak lodówki czy samochody. Nie do końca jestem pewna, czy to była lita skała, czy tylko mocno sprasowana glina/ił lub inny less.

W każdym razie - po bezskutecznych próbach rozwalenia owych lekko nadpękniętych miejscami "kamuszków", Człowiek H zapragnął zrobić sobie focię, jak stoi na zaklinowanym kamieniu - albo nawet jak na nim skacze, więc spontanicznie udał się z misją dotarcia brzegiem wąwozu do jego konca - oczywiscie, jak na porządnego Amerykanina przystało - bez mapy i rozpoznania (bo po co?). Zresztą, nawet gdyby chciał ściągnąć mapę - to w górach zasięg jest słaby, w dolinach kiepski, a w ciekawych formacjach geologicznych nie ma go wcale, więc Iphone przestał być smart a stał się wkurw-fonem.
Gdy człowiek H zniknął z horyzontu, urosła mi śmiałość i postanowiłam popływać, zachęcana przez Irka, który poprzednio pływał. Co prawda bałam się -tym razem nie Toaletowego Potworai jego Hadesowej Łapy, lecz -pijawek, raków i innych oślizgłych stworów, ale dałam radę. Woda, choć nieco zabrudzona spadającymi liśćmi - miło orzeźwiała i rewelacyjnie dawała radę z podróżnym zakurzeniem.
Po dwóch godzinach eksploracji doszliśmy do wniosku, że niebo robi się coraz bardziej szaren bure i ponure, więc czas na ewakuację - bo to 100km z kawałkiem nie pokona się w mgnieniu oka, a jazda skuterem podczas deszczu w górach niekoniecznie jest ulubionym i bezpiecznym sposobem spędzania czasu. Co prawda handlujący kiełbaskami i suszonym ananasem lokals twierdził, że padać będzie jutro, ale wiadomo już wszystkim jak to z Tajwańczykami jest - jak nie wie wiedzą, będą cisnąć optymistyczny farmazon, a nawet jak wiedzą to nie powiedzą o czymkolwiek zły, co mogłoby czcigodnego gościa rozczarować (i nie przyjmują do wiadomości, że taki np deszczowy prysznic gdzieś na odludziu nie wywoła mego entuzjazmu a jedynie solidne bluzgi). Zaiste, zgodnie z prawdomównością lokalsa - rozpadało się solidnie, zatem do domu dotarliśmy wszyscy odziani w "kondomki" czyli foliową odzież przeciwdeszczową, z każdego człeka robiącą awatar Buki z Muminków

wtorek, 1 października 2013

Nauczanie języka polskiego jako obcego

Kiedyś dawno chciałam być „panią od polskiego” – nie taką, która wbija „rozbiór logiczny i gramatyczny zdania”, tudzież „uje się nie kreskuje” i inne mądrości w rodzaju – Mickiewicz wielkim poetą był. 

Chciałam wprowadzać obcokrajowców na zawiłe ścieżki polszczyzny, jako że milsze i ciekawsze to, niż użeranie się z gimnazjalistami w okresie buntu i naporu, którzy w dodatku rodzonym językiem posługują się niechętnie i niechlujnie. Niestety – Ministerstwo Edukacji zablokowało moje plany, wprowadzając obowiązek certyfikacji nauczycieli za pomocą ukończenia sowicie płatnych studiów podyplomowych lub uzupełniających  (wcześniej wystarczył 180 godzinny kurs psychologii, pedagogiki i metodyki).
Ale – marzenia mają do siebie to, że się spełniają – nie zawsze wtedy kiedy chcemy, i w sposób niekoniecznie idealnie pasujący do naszych oczekiwań. Co odkryłam w poniewczasie, gdy wzdychania zakompleksionej brzyduli wyjącej do księżyca „chciałabym, żeby mnie ktoś pokochał do szaleństwa” zmaterializowały się kilka lat później w postaci nieco psychopatycznego wielbiciela, który wydzwaniał, śledził, wypisywał, podglądał itp przez dobre 2lata. A pewnikiem i dłużej, bo od czasu do czasu znajduję jeszcze jakieś głupawe „oczka” i inne „kłapouszku, pogłaskać cię za uszkiem” oraz „no nie bądź taka zołza, bo dobrze wiem, że taka nie jesteś” na moim GG oraz mailu.
Spełnienie marzenia o uczeniu polskiego spadło na mnie na Tajwanie. Tajwańczycy, naród uprzejmy – wykazywali pewne zainteresowanie dziwną, szeleszcząco- świergolącą mową, podobną nieco do francuskiego (że co?!? Ale w sumie, portugalski brzmi jak rosyjski – melodyczne, nie leksykalnie – to i polskie ąę bułkę przez bibułkę może wydawać się zbliżone do mowy żabojadów i serożerców). Znajomi łamali sobie języki na „cześć”, Andrzej”, „drzewo”, „dzień dobry” i „Magdalena oraz Katarzyna dwojga imion obie”. Kolega Weasley nazwał się na FB „Andrzejem Polskim” nawet, ale edukacyjnie nie przyniosło to większych konsekwencji…
Kiedy Młodociany poprosił mnie, żebym go uczyła polskiego – tak na odczepne roztoczyłam mu wizje „koniugacji, deklinacji, aspektów, stron, bla bla bla” i poczęstowałam „prostymi” konstrukcjami okołoszarlotkowymi. I tak to szło, raz na czas jakieś słówko tu i tam, z pominięciem niewygodnych i niecenzuralnych (które szybko opanował sam, bo ktoś uprzejmie mu doniósł, iż chińskie 7 8 oznacza kobiece narządy rozrodcze, a chiński czasownik wracać to po polsku analogiczne narządy męskie, plus taka stronka „jak nauczyć Anglika przeklinać po polsku” zrobiły swoje). 
Nie przewidziałam tylko jednego – Młodociany po przeanalizowaniu sytuacji medialno gospodarczej doszedł do wniosku, że Polska to kraj mlekiem i miodem płynący, niedrogi (VW Golf to tanie auto, BMW kosztuje połowę tego co na Tajwanie, w ciuchach HM biega połowa ulicy), stabilny tektonicznie i gospodarczo, posiadający z atrakcji śnieg i zamki oraz pałace, a nade wszystko bigos i szarlotkę w nielimitowanych ilościach – i stwierdził, że może po zakończeniu studiów poszuka pracy właśnie tu. I naukę polskiego wziął sobie do serca.
Po czym otoczył mnie inwigilacją pełną i całkowitą- z uwagi na to, że opieszale przystępowałam do zadań edukacyjnych. Inwigilacja przy tym byłam przeprowadzona wzorowo, bo nie zauważyłam specjalnego strzelania z ucha i blablałam sobie wesoło po polsku w obecności Młodocianego, wychodząc z założenia, że on nic nie rozumie, a ponadto mówię za szybko i za niewyraźnie żeby cokolwiek zakumał… Tiaaaaaa, wiele rodziców, dziadków i niefrasobliwych opiekunek wychodziło z takowego założenia, a potem rozkoszne pociechy wywoływały niezły popłoch wygłaszając kwieciste sentencje upstrzone „kfjatkami” zdecydowanie nie licującymi z wizerunkiem wzorowego przedszkolaka…
Nic nie zapowiadało wielkiego łubudubu. Tajfun się zbliżał, ale na to mentalnie byłam przygotowana i oczekiwałam nadejścia Usagi z ekscytacją właściwą niedoświadczonym przez katastrofy naturalne białasowym dziewicom. Czujności nie obudziło nawet to, że Młodociany postanowił Kasię i Dawida (znajomych Irka, akurat goszczących na tajwańskich wakacjach) powitać po polsku. Ćwiczył w tym celu pieczołowicie i z zapałem: „cześć, jestem Max, jak się masz! Miło cię poznać!”. Nie zdziwiło mnie, gdy zapytał, co to znaczy „suchaj” i szybko wplótł owo "słuchaj!" w monolog.
 Krótko mówiąc – było pięknie i spokojnie, pluskaliśmy się w zimnej wodzie pod wodospadem, robiliśmy zdjęcia… Sielanka...
- Pokaż cycki! – udarł się Irek w kierunku Hani, która – choć Azjatka, to miała co pokazać. Hania unosząc się na wodzie posłusznie wyeksponowała zawartość czerwonego bikini.
- Pooo… kaaaaa szycki? – zdziwił się Młodociany.
- Po-każ cyc-ki, show your boobs – szybko i wyraźnie oświecił Młodocianego Dawid.
- Poo kasz … cyyyycu…ki? – powtórzył całkiem udatnie Młodociany, patrząc w mą stronę niczym psiak oczekujący kiełbaski za dobrze wykonany „siad”.
Szybko interweniowałam wyjaśniając – wiesz, to nieuprzejme, bardzo burackie i normalna Europejka to ci wysadzi plaszczaka w dziobala, tak się nie zachowuje kulturalny mężczyzna i dżentelmen… I obrażona zajęłam się oddryfowywaniem na dętce, aby zażyć samotności mnisiej i zademonstrować stosowny foch.
Zanim oddaliłam się na 3 metry, Młodociany z szerokim uśmiechem wypalił: ” Majia, pokaż cycki, proszę!” A potem z jeszcze szerszym uśmiechem dodał - "Dziękuję!"
….. …. …. ja zdębiałam, a aplauz publiczności niósł się po puszczy subtropikalnej… … …
- Tak chyba jest grzecznie, prawda?
***
Ściągnęłam zatem podręcznik, i od poniedziałku piłujemy „ja jestem ty jesteś on jest ona jest”, bo dalsze puszczenie Młodocianego samopas na szerokie wody polszczyzny może być niebezpieczne. Dla mnie, rzecz jasna. Jeszcze się udławię, tłumiąc rechocik.

niedziela, 22 września 2013

Tajfun stulecia – supertajfun Usagi i moja utrata dziewictwa na niwie huraganów

W czwartek wypadło wolne z okazji Święta Środka Jesieni, które zgodnie z planem spędziłam na wodospadzie w miejscowości Majia. Nieco dreszczyku emocji dodawał fakt, że nadciąga tajfun i w każdej chwili może lunąć tudzież zadąć – a ewakuacja z położonego na stromym i słabo oporęczowanym stoku do odległego o godzinę jazdy Kaohsiung mogłaby być „z dreszczykiem” oraz „z deszczykiem”. Jednakowoż deszczyki i dreszczyki ominęły mnie szerokim łukiem – zabawa w wodospadzie była przednia, woda rześka, powietrze ciepłe, a tajwańskie dzieciaki i dorośli nad wyraz przyjazne i radosne.

Następnego dnia wraz Irkiem i jego znajomymi z Polski zjawiliśmy się na Secret Beach koło Uni. Wejście na plażę było jeszcze otwarte – choć ostatnio spotkałam tam pana z wielkim identyfikatorem „Służba Techniczna i Konserwacyjna NSYSU”, który z linijką, laserem i notatnikiem rozglądał się bacznie ,wyglądając jak archetypiczna statua „co by tutaj zepsuć”. Standardowo – plaży nie było, zostały jakieś smętne resztki zalewane przez wspaniałe, 3metrowe fale, z których grzechem byłoby nie skorzystać. Zatem korzystaliśmy do woli, z wyjątkiem Hani – która nie wzięła stroju kąpielowego, więc została fotografem; oraz Kasi – która co prawda strój miała, ale oprócz stroju miała też siatkę na muchy i coś zwanego wsysaczem/ekshaustorem, a co służy do zbierania much i innych owadów, i zajęła się swoim entomologicznym  hobby, przekładając niepowtarzalne tajwańskie insekty nad jakieś tam fale.
 
Zabawę z falami po jakiejś półgodzince trzeba było przerwać, bo przyszedł gajowy, i nas pogonił z lasu. A raczej teletubisie zrobiły nam „teletubisie mówią bye-bye”, i nie było opcji „tulimy”… W roli teletubisiów wystąpiło trzech funkcjonariuszy Straży Przybrzeżnej w ogniście pomarańczowych uniformach ze zintegrowaną kamizelką wypornościową i światełkiem, którzy najpierw nas opipczeli gwizdkami z bezpiecznego dystansu, a po chwili wgramolili się na plażę – wobec braku jakiejkolwiek reakcji plażowiczów.
 
Kazali się nam ewakuować, a jak nie to trzeba będzie zapłacić „ticket”. Przy czym „ticket” to nie bilet wstępu na zabawy we wzburzonej wodzie dla zaawansowanych, a mandacik za zakłócanie porządku publicznego i bezpieczeństwa narodowego poprzez ignorowanie poleceń funkcjonariusza publicznego. Miły pan łamanym angielskim kazał nam ewakuować powłoki doczesne, nie zgodził się na wspólną sweet focie (jakby ktoś na FB wylukał, że w godzinach pracy pozuje z turystami zamiast oczyszczać plażę z elementów podlegających teleportacji do domu, to miałby nad wyraz przechlapane), ale gdy podszedł do Kasi, bawiącej się wsysaczem z muchami i topiącej insekty w alkoholu – zdębiał. Chyba pierwszy raz widział takie zjawisko – nie dość, że blond i błękitnookie, to jeszcze wciągającego coś przez rurkę prosto z siatki na motyle… Wykwękał – what are you doing, i chwilę zajęło mu zrozumienie, ze Kasia profesjonalnie łapie muchy w ramach poszerzania wiedzy z kierunku swoich studiów… Podejrzewał zapewne jakiś szczególnie wyrafinowany rodzaj inhalacji narkotycznej, albo pieron wie co…
Straż Przybrzeżna jest bowiem częścią policji, aczkolwiek można w żarówiaście oranżowym kostiumiku odrobić obowiązkowe tajwańskie wojo. W każdym razie, mandaty może wystawiać, więc nie było co negocjować – choć próby się pojawiły, głównie ze strony par młodych, odstawiających obowiązkowe ujęcie na tle morza w ramach sesji ślubnej. Obowiązkowym gadżetem była – a jakże – żółta kaczuszka, którą z obawy przed szaleństwami zywiołu – sflaczono i ukryto w bezpiecznym miejscu…
Fale waliły dość mocno, niebo zasnuło się całunem mgły, było duszno, lepko i wilgotno – jak ujął to Irek, doświadczony wakacjami na Tajwanie i czterema atakami żywiołu wodno-powietrznego – „czuć w powietrzu tajfun”. Wracaliśmy do domu na szybko, w pierwszych kroplach ciepłego deszczu. Telewizor straszył „supertajfunem”, najsilniejszym od 20 lat, BBC i CNN oraz tajwańskie biuro pogodowe nadawały ostrzeżenia i wskazówki. Tajwańczycy karnie składali parasole, zabezpieczali wystawy sklepów i demontowali co słabiej przyczepione elementy dekoracyjne, tudzież kłębili się pod półkami z tradycyjne tajwańskimi zupkami typu „chińśka … d..upa, z Radomia”. W końcu argumentacja Młodocianego przemówiła mi do rozsądku – i ruszyłam leniwe cztery litery po jaki-taki prowiant (Nie, Księżniczko, paczka Skittelsów i ciasteczka Oreo nie wystarczą ci na dzień lub nawet dwa!) w lepkiej atmosferze przedtajfunowego wieczoru. W tle rozlegały się eksplozje fajerwerków (Tajwańczycy kończyli opakowania niezużyte podczas Święta Gapienia się na Księżyc – lub składali ofiarę odstraszającą złe duchy tajfunowe), powietrze było ciężkie i tak gęste, ze nawet komary zaczynały pełzać…
No i tak sobie czekałam na tajfun Usagi, który miał mi odebrać tajfunowe dziewictwo z przytupem i fajerwerkami oraz stosownym zadęciem… i czekałam… i czekałam… Na zapowiedzianie przez nieomylne tajwańskie meteo ulewne opady „extremly torrential rain” oraz podmuchy wiatru w porywach osiągające 160 m/s…. Zjadłam paczkę  cukierków i nadal czekałam… Wybiła 3 w nocy i ja nadal czekałam… I czekałam… I czekałam…
O 12 obudził mnie domofon, pod domem stał z lekka przemoczony Młodociany, któremu poczucie obowiązku kazało zajrzeć do mnie  i skontrolować żywienie oraz samopoczucie Gong Zhu Majii. Nie ukrywam, następne dwie godziny spędziłam na ordynarnym i ostentacyjnym darciu łacha z tajfunu Usagi, który okazał się być – jak słynna imienniczka Tsukino Usagi z kreskówki – niezbyt poważny, łajzowaty i ciamciaramciowaty. W końcu Młodociany nie wytrzymał i obraził się srodze, na moje niemiłosierne nabijanie się z jego kultury, pogody i prognozy pogodowej jego kraju.
Na południu Tajwanu, pomimo ogłoszonego alarmu, przymusowego wolnego i apokaliptycznych prognoz wydarzyło się wielkie okrągłe zero z figą z makiem – ale już na północy w Tajpej lało jak z cebra, wiało i nawet prąd z kablówką wyłączyło. Na położonej na wschodzie Zielonej Wyspie i Wyspie Orchidei było niewesoło, w Taidongu na Wschodnim Wybrzeżu zalało szkoły i drogi rzadkim błockiem. Tajfun przeszedł bokiem, i ruszył na Hongkong. Według prognoz wiatr wiał i 250km/h, na lotnisku HKG odwołano loty, wybrzeże Chin zostało postawione w stan gotowości… Jak będzie – zobaczymy.
Diagnoza mojego kolegi kumatego w temacie barometrii, geografii i anomalii pogodowych była krótka. Tajfunowe dziewictwo połowicznie odebrał mi „fake typhoon”, czyli tajfun bez tajfunu, rzadkość i biały kruk na niwie anomalii pogodowych. Jestem połowicznie usatysfakcjonowana trafieniem na takowy wyjątek – a połowicznie zawiedziona. Nie ukrywam, że liczyłam na materiał empiryczny, który posłużyłby mi do wykreowania dramatycznej relacji z pierwszej ręki, prosto z oka klęski żywiołowej, z elementami bohaterstwa i surwiwalu – a tu niestety, wyszło jak zwykle. Cóż. Będą inne tajfuny…

sobota, 13 lipca 2013

Dotknąć tajfunu

Tajwan to mała wyspa, leżąca pomiędzy Japonią a Filipinami, na szlaku cyklonów tropikalnych, zwanych w tych rejonach 颱風 – táifēng, wiatr znad Tajwanu. 

W lecie – od mniej więcej czerwca do września/października bezmiar Oceanu Spokojnego nagrzewa się do temperatur powyżej 26C w warstwie około 50m w głąb (dlatego na Bałtyku tajfunów nie ma – za płytko i za zimno, wczoraj prognoza pokazała zawrotne 17 C zachęcające do pływania chyba tylko dla Eskimosów i morsów), ogrzana woda paruje tworząc chmury, które wskutek ruchu wirowego ziemi także zaczynają się kręcić – i znad bezkresnego falującego błękitu zmierzają  w kierunku lądów…  Trasa wiedzie przez Filipiny, skrętem nad Tajwan lub mijając Piękną Wyspę – walą w japoński Archipelag Ryukyu (czyli w między innymi Okinawę), ewentualnie w Hongkong i Chiny.
Tajfun dla Tajwańczyków jest „hen mafan” – czyli kłopotliwy i niewygodny. Tajfun to huraganowy wicher o prędkości przekraczającej 33m/s, a często- gęsto sięgającej powyżej 86 m/s czyli 300 km/h  (dla porównania, polski halny w porywach osiąga 60m/s) plus deszcz. A raczej oberwanie chmury – wielokrotnie przekraczające to, co znamy z polskich realiów. Oraz fale – i to nie byle jakie, 6-metrowe potwory walące wściekle o brzeg, zasypujące go mokrym piachem i urywające wielkie kawały brzegu.
Hen mafan – wiadomo, tajfun to kłopoty. Wicher zrywa elementy konstrukcyjne typu rzeźby i neony (dlatego wiele tajwańskich tablic ogłoszeniowych i afiszy jest dziurkowanych), obala drzewa, uniemożliwia wyjście z domu i jazdę skuterem lub samochodem. Deszcz zamienia ulice w potoki, powoduje zalania i podtopienia domów (na przykład w sąsiadującym z Kaohsiungiem Pingtung County większość domów ma specjalne drzwi blokujące wodę oraz łódkę na wyposażeniu standardowym). Silne opady prowadzą do lawin błotnych i osunięć ziemi, podmytych dróg i nawet zawalonych pod naporem wody i wichru domów. Linie energetyczne są zrywane, prąd często-gęsto jest wyłączany, ponadto leje jak z cebra, wichura urywa głowy, a ciśnienie atmosferyczne zamienia ludzi w zombiaki.
Jednak – Tajwańczycy bez tajfunów nie mogą żyć. Wyspa ma małe zasoby wodne, rzeki są raczej lichawe, jeziora niezbyt liczne i summa summarum nie są w stanie pokryć zapotrzebowania 26 milionów obywateli (plus obcokrajowców w liczbie nieustalonej, ale sporej) na picie, kąpanie, pranie, gotowanie… Każdy tajwański dom ma na dachu zbiornik, który wyrównuje ciśnienie wody, w wielu dzielnicach Kaohsiung są zlokalizowane studnie głębinowe. Korzytsanie z nich jest jednak hen mafan – bo trzeba się umordować, pompując (wyciągnąć wiadereczko z setki metrów to nie bagatelka, można płuca wypluć przy okazji…), potem wodę trzeba donieść do domu i często-gęsto wnieść na n-te piętro, a w dodatku potem gospodarować nią oszczędnie… Na przykład – wodę z pseudokąpieli (łazienki 3w1 nie sprzyjają leżeniu w wannie) wykorzystać do spłukiwania toalety. Gdy nie pojawi się tajfun, robiąc masę zamieszania, ale i uzupełniając naturalne i sztuczne rezerwuary – Tajwańczyk kąpie się raz w tygodniu, kibelek spłukuje raz dziennie i psioczy na zły rząd, co nie zagonił odpowiedniej ilości opadów na wyspę. O odsalaniu słonej jak nieszczęście wody morskiej nie słyszałam.
Czy przeżyłam tajfun? Nie.
Ogólnie rzecz biorąc wszelkie katastrofy naturalne omijają mnie szerokim łukiem. Nawet powódź stulecia w 1997 roku przeżyłam – we Włoszech na obozie, a rodzice i kadra chcąc zaoszczędzić nam stresu, włączyli blokadę informacji, więc jadąc do domu przez Czechy oglądałam ze zdumieniem i niedowierzaniem ulizaną trawę i zamulone fasady, nie łapiąc o co kaman. Powódź posmoleńska, gdy niebiosa zapłakały – również skomplikowała mi życie z najmniejszym z możliwych stopni, ot powku..wiałam się solidnie na zablokowane mosty i tyle. Inni nie mieli tyle szczęscia, i  Agga ciemną nocą musiała ewakuować swoją firmę – bo okoliczny ściek głęboki na 3 cm nagle zmienił się w Missisippi.
W zeszłym roku podziwałam tabliczkę, pokazującą dokąd sięgnął poziom wody w Wendzarni po tzw supertajfunie Morakot – a sięgał wysoko, ponad moją głowę… Widziałam też nieuprzątniete do dnia dzisiejszego – osuwiska, zamknięte drogi i zerwane mosty (na przykład do Katolickiego Ośrodka Wypoczynkowego, zarządzanego przez siostrę Koko jedzie się mostem, z którego zostało węższe pół, i stoi tam sygnalizator poazujący jechać/stać, bo ruch odbywa się wahadłowo) oraz super-szerokie koryta rzek, wyrzeźbione nadmiarem deszczówki. Ponieważ wróciłam w zimie, ominęło mnie wolne z okazji opadów w letniej sesji, odwołane loty i inne zakłócenia.
Ale-w tym roku w czerwcu nadeszła superpełnia, z księżycem wielkim jak na randce z Brucem Wszechmogącym. Pogoda, jak to przy pełni – piękna, niebo prawie bezchmurne, delikatny wietrzyk, pełny sybarytyzm z lenistwem. Sącząc kawkę aborygeńską (robioną przez Aborygena z plemienia Paiwan) rzuciłam – gorąco, jedźmy nad morze… Max skrzywił krótki nosek, ale – czemu nie. Wykąpać się można (tzn ja będę pływać, a on pluskać, bo z umiejętnościami unoszenia się na wodzie w wyspiarskim narodzie raczej bidnie), tylko nie bierzmy aparatu, bo zapiaszczy się, albo trzeba będzie go pilnować, i w ten sposób Mama Maxie (czyli Max w swej popisowej roli supertroskliwca, dbającego o brak uszkodzeń mej białej dupki) będzie rozdarta pomiędzy obowiązkiem pilnowania świętej Alfy350, a instynktem wskoczenia w złowieszczą toń głęboką po pas i odholowania mnie natychmiast w mniej niebezpieczne rejony, głębokie po kostki.
Ma to głębokie uzasadnienie – tutejsze wody są naprawdę niebezpieczne. Owszem, są płytkie (przy brzegu), ale silna fala potrafi obalić i sponiewierać, a nawet wyrwać dno spod stóp, tworząc taką dziurę, głębszą nagle o metr. Nie dalej jak klika dni przed superpełnią w gazecie czytanej przeze mnie do śniadania oraz lokalnych wiadomościach pojawiła się smutna historia studentów z Tainanu, którzy przyjechali do Kaohsiung  świętować ukończenie studiów. W biały dzień, podczas zabawy na plaży (strzeżonej! bo siedziałam tam kiedyś pod parasolem u ratowników, z nudów łowiących małże morskie) utopiła się trójka. W wodzie głębokiej po pas. Cóż – w wodzie się pływa, a nie drepta, jak to ujął mój kolega, maniak sportów wodnych. Zabiła ich panika – bo gdy nagle dno ucieka ci spod nóg, nie masz czasu na przypomnienie sobie lekcji pływania – i idziesz na dno jak kamień, a szarpiąc się w normalnym odruchu przeżycia łatwo się zachłysnąć. I nie ma na to rady, mistrzowie też toną… Ojciec mojego znajomego, zawodowy nurek pracujący w porcie Kaohsiung – też zmarł podczas pracy, i nikt nie wie dlaczego, po prostu zniknął z oczu partnerowi, być może zaklinował się gdzieś kablami (nurkował w takim sztywnym, roboczym skafandrze z hełmem, podobnym do strojów kosmonautów), wyrwał je – i nie dał rady się wynurzyć. Pogrzeb dopiero się odbędzie.
W każdym razie, gdy szliśmy na plażę, dotarło do mnie że coś tu nie gra. Pierwszym znakiem były hałdy piachu naniesione na „dzikie”wejście przez kratę. Drugim – woda stojąca przy tym wejściu, oddalonym od linii brzegu o jakieś 30m. Trzecim – huk. A potem zobaczyłam ciemne fale z białymi grzywami – wysokimi na jakieś 3-4 m. Moje ulubione miejsce z altanką i sadzawką ze słodką wodą (to od spotkania z syrenką) zniknęło pod piachem, woda wybijała się spod naniesionych wydm… Na płyciźnie taplali się nieliczni, brodząc tuż przy linii przyboju. Gdy wskoczyłam się ochlapać, zostałam z miejsca przywołana do porządku przez pilnujących tego miejsca rezydentów, solidnie uświadomiona czym grozi włażenie do wody w taką pogodę – nad oceanem wiele kilometrów dalej przewalał się właśnie tropikalny sztorm Leepi, ale pan z mańki określił go jako tajfun (jak powiedzieć tropikalny sztorm po chińsku nie mam bladego pojęcia, i podejrzewam, że Tajwańczycy też).
Ostrzeżona i wyposażona w boję wbiłam się do wody, skakać na falach,  ścigana z brzegu spojrzeniami pełnymi zdegustowania i najwyższej troski. Chwilę bawiłam się na wolnym od kamieni prześwicie, obserwując fale. Cofały się – i tam, gdzie zwykle woda sięgała mi po pas, było jej po kostki. Potem zaś uderzały z impetem – i tam, gdzie ich dotąd nie widziałam, zostawał ślad piachu, słonych jeziorek, śmieci, wodorostów i krabów. Dałam się takiej fali ponieść – i poniosła mnie tak z 20m, wygrzebałam się na kolana metry przed potężnymi głazami na brzegu.
Z wodą nie ma żartów, nawet jeżeli (a właściwie zwłaszcza nawet gdy) potrafisz pływać i czujesz się pewnie nie sięgając dna. Fala bowiem mogła mnie nie tylko rzucić na brzeg i pogruchotać kosteczki. Mogła mnie też pociągnąć w stronę pełnego morza, a nawet wepchać parę metrów w głąb. I byłby koniec epopei i epistoły Gong Zhu Majii, ewentualnie wykleconoby mi epitafium…
Kiedy kończyłam ten wpis, na fejsie użalał się mój kolega Irek – oto w celu odnowienia 90 dni pobytu zabukował sobie bilety na słoneczne Filipiny, i napawał perspektywą tanich wakacji na rajskich plażach… A tu nagle wyskoczył mu tajfun Soulik, wedle prognoz najsilniejszy od 2004 roku. I tak oto – Filipiny poszły w czarną dziurę marzeń niespełnionych, Ireneusz na gwałtu rety szukał taniego hostelu w Tajpej (oksymoron jak stąd do Murmańska… No dobra, jak z Tajwanu do Murmańska, ja do Murmańska mam chwilowo znacznie bliżej) i opisywał barwnie jak to miotało pełnym autobusem, wykładającym się niemal na zakrętach jak rasowy ścigacz. Czekam na finał tej historii, sącząc wodę i grzejąc się w polarnym słońcu o pólnocy :D
Relacja Irka – pisana na komórce, z FB:
Wczoraj kiedy szukalem hotelu w Taipei na zewnatrz tylko padalo i wialo. Natomiast kiedy ukladalem sie do snu, zaczelo sie. Niesamowite przezycie. Czegos takiego wczesniej nie przezylem. Soulik zaatakowal i pokazal swoja sile. Sciany hotelu sie zatrzesly, kraty w oknach poddawane byly ciezkim probom, wiatr jakby krzyczal tak bylo glosno. Co chwile bylo slychac jakby cos duzego spadalo na ziemie z wielka sila. Nieustajace gwizdanie i ryk wiatru, cos jakby szarpalo budynkiem. Chwilami czulem sie nie pewnie gdy cos walilo do moich i tak zabarykadowanych okien. Niesamowite doswiadczenie. Jestem na Tajwanie juz prawie 9 miesiecy i doswiadczylem dwoch tak niebezpiecznych zywiolow jak trzesienie ziemi i huragan. Tego nikt mi nie odbierze. I chociaz stracilem troche kasy przez ten tajfun i skrocil mi sie czas na odpoczynek na Filipinach to mimo wszystko nie narzekam. Tego sie nie da.opisac co wczoraj w nocy przezylem.

Tak to wyglądało w materiale na świeżo – bilans: 1 osoba (policjant) nie żyje, minimum 21 rannych(głównie kierowców skuterków, walniętych spadającymi dachówkami i konarami), strat materialnych nie oszacowano, ale małe nie będą, a tajfun tymczasem narozrabiawszy chyżym taj-galopkiem popędził na Chiny Ludowe…
A na koniec - trochę inny tajfun. Ech, być pod tym płotem….

poniedziałek, 3 czerwca 2013

O trzęsieniu ziemi – po raz kolejny

Miało być o dniu dziecka, ale tu nie robią aż takiej szopki z kupowaniem miliona HotWheelsów i Barbie… Tajwańczycy kupują zabawki albo- żeby się pokazać, że ich rodzinę stać na top-trendy, albo z okazji dobrych wyników w nauce, albo bez okazji, bo im wolno.

W Chinach – jak w całym bloku komunistycznym, 1 czerwca jest wolne od szkoły, poświęcone na idyllę Międzynarodowego Dnia Dziecka. O tym, jak to wygląda - raportuje Adam Machaj
W Singapurze Dzień Dziecka wypada w październiku (aczkolwiek nie mam pewności, czy jest to data stała, czy ruchoma, bo oparta o kalendarz księżycowy) – i o tym Kura. W Japonii zaś obchodzi się to święto dwa razy, osobno dziewczynki, osobno chłopcy. Chłopcom w marcu wiesza się balono-latawce w kształcie karpi, aby powiewały na zdrowie i szczęście, dziewczynkom zaś wystawia się w październiku na oknach lalki cesarza, cesarzowej, ministrów, dam dworu itp.  A na Tajwanie… Zgadnijcie… No jasne – je się :D I tyle w kwestii Dnia Dziecka.
Za to dziś… Dziś miałam w zamiarze szczytnym pójść na plażę w szerszym gronie. Plażę mam taką fajną, jedną z kamieniami, drugą z piaseczkiem, odludne, spokojne, z ciepłą wodą i falami w sam raz do podskakiwania na nich, a zasolenie wody powoduje, że nie trzeba nawet ruszać małym paluszkiem u stopy aby się unosić swobodnie i relaksowo. Na plaży nr 1 -dokąd dotarłam po zmasowanym ataku komarów w tempie ekspresowym, niestety, kolega Irek nie gustuje w plaży typu chorwackiego, czyli z kamyczkami – więc aby mógł zakosztować kąpieli orzeźwiającej, popędziliśmy kurcgalopkiem na plażę nr dwa, tą od syrenki, gdzie na dnie leży czarny piaseczek. Po drodze zaliczyłam zdziwko, albowiem droga na przełaj brzegiem i kamieniami zupełnie nie przypominała analogicznej trasy, jaką pokonałam niecały miesiąc wcześniej. Nie sądziłam, że linia brzegowa może zmienić się tak szybko!
Po dotarciu do celu zaliczyłam jeszcze większe zdziwko. Na plaży -zawsze pustej, nawiedzanej przez nieliczne grupki studentów Sun Yat Sena – trwał bowiem pieprzony Armageddon. Były i namioty chroniące plażowiczów przed słońcem, i psy z gatunku pudli torebkowym, i dzieci, i babcie w kominiarkach (tak, kiedyś sądziłam, że zdjęcia zamaskowanych Chinek opatulonych od stóp do głów w jakieś ciuchy ochronne przed słońcem to gruba przesada – ale dziś takich pań spotkałam z 5…), i mamusie, i tatusiowie, i biali, i żółci… Uomatkobosko. Najsympatyczniejsi byli gimnazjaliści, co drugi z tatuażem na całe plecki/nogę/brzuch/chuderlawą klatę (nie ma tu bariery 18 lat, jeżeli chcesz mieć tatuaż, to go po prostu masz, jak wyjaśnił mi Młodociany i jego mocno upstrzony takimi malunkami kolega Jason) i petem w dziobie, nota bene- nie zaciągali się, aż miałam ochotę im pokazać jak się powinno palić…. Najmniej sympatyczne były mamuśki z pociechami pętającymi się koło nóg.  Jedna przegięła – myła dzieciakowi ufajdany zadek w zbiorniku, do którego ścieka czysta, słodka woda. Do płukania się, mycia a nawet picia… Generalnie, jak to w dużej zbiorowości Azjatów, było- tłoczno, głośno, brudno i raczej niefajnie.Nawet woda była jakaś taka… lepka i mocno zanieczyszczona/urozmaicona śmieciowymi akcentami Szybko się ewakuowaliśmy , a ja przysięgłam sobie nie przychodzić tam w dni wolne, chyba że zaopatrzona w złego psa i granatnik, który szybko przywróci komfortową ilość Chińczyków na metr kwadratowy.
Irek zaprosił mnie do siebie w okolicę Jeziora Krystalicznej Czystości, żebym się popluskała w basenie – tak, jego mieszkanie w wieżowcu wyposażone jest bowiem w ogólnodostępną siłownię dla mieszkańców, salę konferencyjną na ostatnim pietrze, oraz rzecz jasna basen, nic specjalnego, ale popływać można i dzieci oddzielone są od reszty zbiornika – kratą.

A wszystko to za 7000 NTD miesięcznie – plus opłaty za prąd i internet, Dla porównania, ja płacę 5500 plus prąd, mieszkanie mam dwa razy mniejsze, bez kuchni i balkonu. Zamiast ciecia na parterze mam właściciela i jego żonę, symulujących pracę w warsztacie klucznika i pięczęciarza za pomocą gry w Candy Crush, League of Legends,World of Warcraft i Counter Strike, no i roletę z łomotem na pół Ding-dong Lu. Innymi słowy – Irek mieszka jak człowiek, a ja jak student:D

Poszłam sobie do pobliskiej knajpki, podreperować siły przed pławieniem i pluskaniem, Irek poprosił o godzinę dla siebie na chiński, spożyłam zatem tofu i warzywka, gdy nagle poderwał mnie telefon.
-Wei?- odebrałam
-Nic ci nie jest? -pytał Irek, mocno przejęty.
-Nic, a co?
- A bo się przecież trzęsło! I to jak, mi kolumny wywróciło, woda z basenu się wychlupała na trawnik, tak konkretnie!
-Eee, jaja se robisz… Litości nie masz?
-Ty serio nie poczułaś?
-Nie… – no dobra, kątem oka zarejestrowałam, że telewizorem na ścianie z lekka załomotało. I że z budynku obok wyszli ludzie. Ale kto by się takimi detalami przejmował, Tajwańczyków jest jak mrówek i wiecznie gdzieś włażą/wyłażą skądś, spiesząc się niezmiernie. I tak oto przegapiłam kolejne trzęsienie ziemi, ponoć całkiem konkretne.
Ponieważ pojawiły się informacje w polskich mediach (sezon ogórkowy się zaczyna, czas na hot stories z dziwnych zakątków świata…), pędzę sprostować – żyjemy! Ja i 28 milionów Tajwańczyków. Ale napisała już w Al-Jazzeera, i jakaś australijska gazeta, i i TVN Pogoda (na główną stronę jeszcze nie zasłużyło się Formozie), i WP (odzew większy niż kiedy się Tajwan z Filipinami kłócili na sankcje gospodarcze) to przytoczę podsumowanie paniki medialnej związanej z trzęsieniem ziemi półtora miesiąca temu. Podsumowania dokonała po polsku w wersji blogowej i vlogowej  (na wideo chwilę mówi po angielsku, potem już naprawdę dobrą polszczyzną, lepszą niż używana przez spory odsetek Polaków z Polski,  co biorąc pod uwagę, że w Polsce dziewczyna jest gościem, i to rzadkim- jest nie lada osiągnięciem) piętnastoletnia Zofia, mieszkanka Tajpej, w którym trzęsie się znacznie bardziej niż u mnie, w zacisznym Kao.
Generalne przesłanie jest takie – nawet, jeżeli w wiadomościach trąbią o klęskach żywiołowych na Tajwanie – olejcie to. Prawdopodobnie nic wielkiego się nie stało…

Zdjęcia z plaży dołączę później…

wtorek, 27 listopada 2012

Majia odwiedza wodospad w miejscowości Majia

Mój kolega z klasy, Brendon z RPA zaprosił mnie na dołączenie do jego paczki i wypad za miasto na wodospady. 
Zabrzmiało miło – Brendon jest nurkiem, więc zachęciło mnie jego stwierdzenie, że pływać można i to weselej niż na basenie (gdzie obowiązują normy bardziej gestapowskie, masakra dla mnie nawykłej do totalnej swobody na basenie Wisły, gdzie wolno mi pływać wzdłuż , w poprzek i na skos, bokiem grzbietem i nogami do góry, po dnie, kręcić się w kółka i ósemki… a tu na dzieńdobry o mało nie zaliczyłam wylotki od spanikowanego ratownika za scyzoryk do 3 m… OK, nie pyszczyłam, bo rozumiem jego pobudki, ale komfortowo się nie czuję wobec narzuconych ograniczeń).
Ponieważ grupa była z założenia otwarta, wciągnęłam w poczet Młodocianego (w charakterze środka transportu) oraz niedawno poznanego kolejnego Polaka Irka (przyjechał tu z założeniem szukania pracy aby zarobić na dalsze podróże po Azji). Brendon proponował jeszcze zaproszenie naszych japońskich classmates, ale z braku posiadania przez nich skuterów ( i skutecznej metody komunikacji z nimi, bo oni po chińsku i angielsku jak ja po japońsku i chińsku, czyli poziom dupy nie urywa, że tak przytoczę cytat uniwersytecki…) pomysł upadł.
Dzień wstał piękny, słoneczny – iście zimowy… Trzydzieści stopni (plus rzecz jasna) jak nic, niebo z lekka tylko chmurkami okraszone, leciutki wiaterek – w sam raz na wycieczkę w góry. Najpierw jednak w punkcie zbiórki nadzialiśmy się na  tatula Młodocianego, co z psem wyszedł na spacerek… A potem cała ulica z przyległościami miała materiał do plotek, bo podjechał Młodociany z białą dziewczyną! (Fengshan to taka trochę na uboczu dzielnica, białych tu jakby mniej niż koło Wendzarni czy Uni, więc sensacja tym większa)!!! I kupił jej sniadanie! Snia- da- nie! Kuma rozumie, proszę kumy? Tak, ten tam młody spod dziesiątki, co się rozbijał motorem, tak, ten właśnie… Serio, pańcia ze sklepu śniadaniowego dosyć perfidnie obcinając w moją stronę komentowała w mniej więcej takim tonie do komórki, między innymi co spożyć raczyłam (Max by we mnie pewnie i pół tego sklepu wmusił, tak na wypadek jakbym miała z głodu zasłabnąć, albo poczuć ssanie w żołądku, co zgodnie z tutejszym kodem kulturowym uczyniłoby z niego niepełnowartościowego samca bez jajec)… Stanęło na jajecznicy zawiniętej w naleśnik, mleku ryżowym, pierogach z kapustą i mleku sojowym oraz toście z bliżej niezidentyfikowanym czymś (i tak właśnie rodzą się stereotypy mówiące o wielgachnych żołądkach białasów)…
Zatem po zbiórce, kawce, śniadanku itp ruszyliśmy autostradą (no dobra, pseudo-autostradą z ograniczeniem prędkości do 70, oraz gustownie porozmieszczanymi tu i ówdzie światłami) na północny wschód, w kierunku na Pingdong. Pingdong to miasto prawie (na polskie warunki) górskie, z dosyć sporą populacją aborygeńską, położone między górami, jeszcze nie jakimiś mega-wielkimi ale już takimi pod 1000m podchodzącymi. Miasto nieco bardziej zapuszczone, mniej nowoczesne niż Kaohsiung, i zdecydowanie chłodniejsze – drapacze chmur w betonowej pustyni KHH naprawdę skutecznie magazynują ciepło i ograniczają przewiew wiatru.
Jechaliśmy w ulubiony przeze mnie sposób, luźnym stadem. Prowadził Tyler na motorze (znał drogę) a za nim banda nindżaków na skuterkach – raz po raz się ścigając między sobą, wyprzedzając, czekając na światłach i za światłami (żeby się wzajemnie nie pogubić). Max nieźle dawał radę, balansując pomiędzy zamiłowaniem do prędkości (cisnął min 60, co jak na pierdziawkę pod podwójnym obciążeniem jest sporym osiągnięciem), instynktem opieki nad uwieszonym za plecami białasem piszczącym z radości, możliwościami technicznymi (jakby nie patrzeć, byliśmy najcięższym zestawem w grupie, około 130 kilo masy ludzkiej) oraz chęcią rywalizacji… Przystanki na poboczu jasno kojarzyły mi się z nowhucką ustawką radosnej młodzieży,  zresztą nie tylko mnie podobieństwo do gangu motorowego rzuciło się w oczy. Taaa…. gang skuterowych rozbójników… brzmi dumnie !
Bohaterem dnia został Irek, który opanował już prowadzenie skutera jak rasowy Tajwańczyk, czyli – wyprzedzanie mrożące obserwatorce krew w żyłach, rozwijanie prędkości powyżej 70 km/h, toczenie wrzeszczących konwersacji z jadącym równolegle skuterem ( w 3 językach…) oraz – odbieranie podczas jazdy telefonu z głośnym Weeeeeei??? (za co zaliczył gorący aplauz na najbliższych światłach). I tak dojechaliśmy do Sandimen, z Osiołowym pytaniem  na każdych światłach: Daleko jeszcze?? Are we there yet?? Lai dao le ma??
Kiedy moje ścierpnięte pupsko miało już zdecydowanie dość - ukazały się góry. A Irek wydał z siebie wrzask zachwytu… bo i jest się czym zachwycać, góry pokryte od góry do dołu zielonym kożuchem tropikalnego lasu, mosty koronkowo rozwieszone tu i ówdzie… i ten krajobraz, zielonych wielkich wzniesień, jak Kostaryka w Parku Jurajskim… Więc pupsko naturalnie nie zostało dopuszczone do głosu, dojechaliśmy bezpiecznie na miejsce i Max pokładając się ze śmiechu wydusił – że ta miejscowość się nazywa dokładnie tak jak ja… To znaczy – pisownia inna, wymowa dokładnie ta sama: 瑪嘉/瑪家, a dokładnie  瑪家鄉 czyli wioska zwana Majia… No cóż, jestem już tak sławna, że mam na Tajwanie mieścinkę swego imienia :D
A potem - już tylko czysta przyjemność… Wspinaczka w japonkach :D wąską ścieżynką, w dodatku niezabezpieczoną żadną barierką ale solidnie błotnistą i śliską. Pająki wielkie jak pięść, które fotografowałam z uporem maniaka – a lokalsi patrzyli na mnie jak na ufoka.(Lokals do Maxa- twoja koleżanka fotografuje pająki, nie boi się?, Max do lokalsa: Tak, białasy są dziwne, ona je lubi, u nich w kraju nie ma, lokals – ooo, to się ucieszy jak pójdą dalej, bo tam kawałek do góry jest ich cała masa, mogę wam pokazać gdzie…) Irek z kolei omijał je szerokim łukiem, jako posiadacz lekkiej arachnofobii, Kanadyjczyk Tyler z kolei pokazywał mu każdy większy okaz, komentując – wiem że się boisz, dlatego ci je pokazuję. W końcu Ireneusz przełamał swój lęk, ma nawet zdjęcie z nosem zbliżonym na jakieś 30 cm do pajęczego odwłoka, a Tyler na takie dictum się zamknął definitywnie w kwestii ośmionogich.
A my gaworząc w trzech językach szliśmy sobie pod górę, wymieniając Nihao z idącymi z naprzeciwka…
Wodospady są zlokalizowane w nieco niedostępnym miejscu, kawałek trzeba dreptać korytem rzeki, po kamieniach, z butami w zębach… Ale widok jest zarąbisty… Powiem tak – białasy stanęły na wysokości zadania, i dostarczyły lokalsom lepszej rozrywki niż tylko oglądanie spadającej wody… Białasy bowiem z wrzaskiem rozebrały się do kąpielówek, po czym – wlazły pod wodospad :D . Nie ma to bowiem jak prysznic pod około 20metrową ścianą :D .
A potem świecąc gołymi klatami (umięśniony tors Irka wzbudził entuzjazm nie tylko pań, które nieśmiało zerkały, ale i panów, otwarcie mówiących z podziwem – jaki wielki, jaki silny…) poszliśmy w dół, w kierunku poprzedniego, małego wodospadziku, w którym jednak można pływać, ba! nawet skakać na główkę. Jak my wleźliśmy, Azjaci postanowili nie być gorsi, i tak wszyscy pospołu nawet na główkę skakali… Największy szacun dla Tiny, dziewczyny Brendona. Może i nie roznegliżowała się do bikini – ale skoczyła, nawet nieźle, na główkę – gdy ja sobie odpuściłam… Ogólnie rzecz biorąc – zabawa przednia, wymęczyłam się jak dziki osioł, najadłam pysznej aborygeńskiej dzikiej świniny na ostro (dopiero w domu sobie przypomniałam, że to mogła być taka bardziej świnka morska niż swojski dzik, bo oni tu takie szczuropodobne coś jedzą…) i padłam spać pomimo szczerych chęci nauki na jutrzejszy test…
Więcej foci jak ogarnę koleny foch mojego aparatu…














  • Podejrzewam, że na jutrzejszym teście może być równie ciekawie. Krzaczki literek, góry do pokonania… Nie ma lekko! :]
    • Majia
      Oj nie ma, ale i tak jestem dyskryminowana w tej dziedzinie w porównaniu z lokalsami, ja mogę powiedzieć że nie mam zadania, im nie wolno. Ja mogę powiedzieć ze nie rozumiem i proszę jeszcze raz tłumaczyć – a oni mają lekki peszek. ja moge nie przyjść na zajęcia i mieć to gdzieś. Mogę też mieć wyniki rzędu pała za pałą (tu akurat są procenty, ale szczegół) i to zlewać, a im szkoła zadzwoni do rodziców z informacją… przypominam, to jest college!
  • ~Agga
    Madzia, zazdroszczę Ci. Widoki niesamowite, prawie jak te z filmu – „niebiańska plaża” – z L.di Caprio. Temat pająków i spotkań z nimi też wolałabym ominąć.
    Ale co do klimatu wycieczki – I Klasa. Od wyprawy „skuterowej” przez deptanie po błocie do samego finału – ściennych potoków …bajecznie.
    Mocno erotycznie kojarzy mi się ‘wodospad’ ale to dlatego, że dopiero co skończyłam czytać „Rajską pokusę” – H.Graham. Dobrze że nie pojechałaś tam z samym Lokalasem.
    W każdym razie wrażenia niezapomniane, życzę Ci jeszcze setek takich przygód.
    PS. Pod warunkiem, że podzielisz się nimi z nami :D
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...