Zanim Tajwan zaczęli kolonizować Chińczycy, Holendrzy i Portugalczycy, Piękna Wyspa była ostoją ludu pochodzenia Austronezyjskiego – zwanych współcześnie Aborygenami Tajwańskimi. Ciemnośniadzi, wielkoocy wytatuowani łowcy, rolnicy i rybacy odkryli bezpieczny sposób żeglugi – w dłubankach z bocznymi pływakami i katamaranach – i wyruszyli dalej, na Filipiny, przez Indonezję w stronę Papui a nawet Australii. Tak mówi jedna teoria – inna zaś, że migracja odbyła się w drugą stronę (i tę podają przewodnicy w rezerwatach oraz muzeach).
Jak by nie było – obecnie na wyspie mieszka obecnie 14 plemion 原住民yuánzhùmín, czyli Aborygenów. Plemiona liczą sobie od kilkuset do stu kilkudziesięciu tysięcy członków, posługują się swoimi językami zupełnie niepodobnymi do chińskiego, mają swoje święta, pokazy, uroczystości…
Dawniej każdy mężczyzna i kobieta miał oprócz mniej lub bardziej bogato zdobionych strojów – tatuaż. Męskie (całkiem przystojne zresztą) twarze zdobił pionowy wzór od czoła do brody, kobiety zaś tatuowały sobie geometryczny deseń na policzkach, wzdłuż szczęki. Taka ozdoba przeznaczona była dla wojowników, którzy zabili przynajmniej jednego wroga, lub kobiet biegłych w sztuce tkackiej. Obecnie tatuaż nakleja się turystom, nawet o tak lewych rękach jak ja…
Żyjący w mniej dostępnych rejonach kraju (w dużej części w górach, na wysepkach po zachodniej stronie głównej wyspy) Aborygeni odnosili się bardziej niż sceptycznie do kolonizatorów. Wzniecali mniej lub bardziej spektakularne powstania – anty holenderskie, antychińskie i antyjapońskie, co doprowadziło do zdziesiątkowania populacji, oraz starcia niektórych plemion z powierzchni ziemi. Przytaczałam już smutną historię Jaskini Czarnych Duchów, o plemieniu zamieszkującym kiedyś koralową wyspę Xiao Liu Qiu. Jednak – poza dobrotliwym wujaszkiem Czang Kaj Szekiem, który Aborygenów przerabiał na Chińczyków uparcie, wytrwale i nie szczędząc energii – największe zasługi w „rozwiązywaniu kwestii rasowej” mieli Japończycy, którzy poza tym, że produkują wesołe kreskówki dla ludzi w każdym wieku, są też wrednymi nacjonalistami z zaszczepianym od kołyski metodycznym okrucieństwem.
Gdy w XIX wieku na mocy traktatu z Shimonoseki, kończącego długą i krwawą wojnę Chin z Japonią – Tajwan dostał się w łupie zwycięskiemu Imperium Wscodzącego Słońca, cesarska administracja zaczęła peryferyjną wyspę cywlizować na swoją modłę. Wychodzącą z głębokiego średniowiecza i szogunatu Japonia epoki Meiji wprowadziła wiele zmian na zapyziałej prowincji. Pobudowano nowe gmachy, koleje, drogi, miasta. Oraz oczywiście butem i knutem uczyła lokalną ludność japońskiej punktualności, języka i kultury…
No właśnie – drogi. Drogi planowano poprowadzić przez lasy i góry, przez terytoria plemienia Seediq.
Z właściwym dla kolonizatorów taktem i delikatnością Japończycy rozpoczęli usuwanie „przeszkód” w postaci rdzennych mieszkańców. Część przesiedlili, część wybili, część upili (czyli skopiowali amerykańską strategię wobec Indian) – i budowa traktów posuwała się przez niedostępne dotąd tereny -między innymi Wąwóz Taroko. Po więcej wiadomości i zdjęć odsyłam do Kury w azjatyckiej kuchni - jej zdjęcia są znacznie lepsze niż moje, bo kiedy ja tam grasowałam, akurat padało, więc majestat gór zniknął w buro-siwej mgle z mżawką i chmurami. Notabene, ten niedokończony most – to dzieło Japończyków, którzy poddali się dopiero po czwartym tajfunie zrywającym przęsło…
Legenda mówi, że prawdziwi wojownicy nie umierają, a odchodzą do krainy duchów po tęczowym moście, i tam mogą spotkać swoich druhów i rodziny – ale taki zaszczyt spotyka tylko prawdziwych wojowników. Tych, którzy zasłużyli na tatuaż, którzy zgodnie z tradycją plemienia Seediq zdobyli głowę wroga, tych którzy walczyli. Tymczasem pod japońską okupacją duch wojowników zaczął zanikać, wyrugowany razem z kulturą autochtonów. W 1930 roku jednak mieszkańcy jednej z aborygeńskich wiosek ruszyli z wodzem Mona Rudao przeciwko znienawidzonym okupantom.
O tym opowiada film porównywany z Braveheartem – Seediq Bale (trailer – KLIK), tajwański kandydat do Oskara w kategorii filmów zagranicznych. „Incydent Wushe” w sposób nieco udramatyzowany przedstawia w dwóch częściach desperacką walkę kilku setek Aborygenów z japońską machiną wojenną. Nie jest to film łatwy i przyjemny, od walki głównego bohatera o dzika zamieszczonej w czołówce, po ostatnią, 276 minutę. Film bowiem złozony jest z dwóch części (aczkolwiek z myślą o widzach zagranicznych udostępniono też krótszą wersję jednoczęściową, trwającą tylko 155 minut) – Flaga Słońca i Tęczowy Most. Choć- jak każda produkcja mająca w temacie wojnę (poza komediami typu Allo Alo czy Złoto dla Zuchwałych) -jest smutny i szary, w dodatku epatujący okrucieństwem (ani jedna ani druga strona do łagodnych nie należała) – obejrzeć go warto… W tle smutnej historii sączy się niezwykła muzyka, a dramatyczne wydarzenia rozgrywają się w rajskich plenerach.
Wpis ten układałam, siedząc pod zupełnie innym tęczowym mostem, w scenerii mniej majestatycznej ale wcale nie mniej urokliwej, w miejscu gdzie Aborygenów nigdy nie było (ewentualnie jako turyści). Patrzyłam w niebo rozpłomienione feerią sztucznych ogni, i tak nagle ukłuła mnie smutna myśl. Najpierw o tych, którzy kanonadę fajerwerków kojarzyć zawsze będą nie z zabawą i westchnieniami zachwytu, ale z wojną i wybuchami pocisków, a potem – gdy zerknęłam w bok i w oko wpadł mi podświetlany łuk z literami ogłaszającymi dumnie nazwę miasta – fragmenty chińskich znaków wyglądały jak sylwetki małych ludzików, wędrujących po tęczy…